Martin Kobylański od początku tego sezonu jest zawodnikiem TSV 1860 Monachium. Jego wybór mógł się wydawać niezrozumiały, w końcu z Eintrachtem Brunszwik wywalczył awans na zaplecze Bundesligi. Swoimi przemyśleniami na temat kulis gry w Monachium zdecydował się podzielić z nami. Kiedy na ulicy pytano by go, czy nie wypił za dużo? Czy jego ojciec był surowszy niż nauczycielka matematyki? W imieniu Martina i swoim zapraszam na poniższą rozmowę.
Za Tobą już prawie rok w TSV. Tak go sobie wyobrażałeś?
Nie no, chyba nie. Na początku wszystko było fajnie. Wygrywaliśmy, każdy widział nas jako kandydatów do pewnego awansu. Wiadomo. Każdy medal ma dwie strony. Jesienią sytuacja się zmieniła. Przegraliśmy jeden mecz, drugi, a później weszliśmy w taką spiralę, gdzie nie mogliśmy wygrać, dużo rzeczy szło nie tak. W klubie panował duży chaos.
Aktualnie jesteśmy na ósmym miejscu, o nic się nie bijemy. Szkoda, że nie możemy powalczyć o awans do góry, niżej już też raczej nie spadniemy. I ja, i klub trochę zawaliliśmy. Z mojej strony też nie wszystko poszło po myśli.
W ostatnich czterech spotkaniach TSV ani razu nie było Ciebie na boisku. Trzy razy ławka, raz poza kadrą meczową. Wina jakiegoś urazu czy decyzje trenera Jacobacciego?
Decyzja trenera. My też tylko czytamy, co się dzieje w klubie. Niedawno trenerem był dyrektor sportowy, ale tylko na cztery mecze. Przyszedł teraz nowy, mieliśmy chwilę dobrą fazę, ale koniec końców dalej nie zdobywamy punktów.
Szkoda, że tak się to ułożyło. Wiadomo, każdy ma swoje winy. Ja nie lubię też nikogo obwiniać, bo sam mógłbym jeszcze więcej dać od siebie, żeby trener mnie zauważył. Ale uważam, że to też nie do końca moja wina.
Sam trener nic mi nie powiedział, że słabo trenuję, gdy ostatnio nie było mnie w kadrze. Powiedział, że mnie lubi, no ale nie bierze mnie do kadry. Troszkę trudno, ale trochę już w piłkę gram i wiem, że jak jest słabszy okres, to na pewno przyjdzie lepszy czas, gdzie sam – bo nie gram dla żadnego trenera – sobie pokażę i udowodnię, że parę lat mogę jeszcze dobrze wyglądać na boisku.
Jak Ci się żyje w Monachium? Dobrze już się zaaklimatyzowałeś na Bawarii?
Miasto jest naprawdę super. Żona się dobrze czuje. Córcię mam, u której też wszystko w porządku. Jesteśmy zadowoleni. Wiadomo, w klubie nie wszystko idzie po myśli. TSV ma mega dużą tradycję i jak coś idzie nie tak, to dużo ludzi chce się nagle wypowiadać. Każdy ma swoją opinię, nie każdy chce jej słuchać. Czasem jest trudno.
Nasz stadion nie jest może piękny, ale ma to coś. Każdy mecz jest wyprzedany, 15 tysięcy fanów tworzy wspaniałą atmosferę. W mieście dużo też mówi się o TSV, tak że pod tym względem jest super. Jedyne, czego brakuje, to zaufania, więcej meczów i po prostu zwycięstw.










