Przewodniczącymi komitetu organizacyjnego I Interdyscyplinarnej Konferencji Naukowo-Szkoleniowej „Medycyna sportowa w grach zespołowych” byli dr Wiesław Tomaszewski, prezes zarządu wydawnictwa MEDSPORTPRESS, oraz dr Marek Krochmalski, przewodniczący Komisji Medycznej w Polskim Związku Piłki Nożnej. Oto, co powiedzieli naszemu redaktorowi podczas tego wydarzenia.
Tomaszewski: Biologia ma swoje prawa
iGol.pl: Jaki jest cel Kongresu? Do kogo ma on trafić?
Dr Wiesław Tomaszewki: Tego typu kongresy czy konferencje organizujemy od wielu lat w sposób ukierunkowany dla lekarzy. Uczestników reprezentujących inne profesje sportowe, czyli przede wszystkim trenerów, fizjoterapeutów mieliśmy zazwyczaj mniej. Były to rzeczywiście konferencje medyczne. Dzisiejszą nazwaliśmy jednak pierwszą tego typu i taka idea chyba się przyjmie, bo zainteresowanie od strony trenerów jest.
Dr Wiesław Tomaszewski (trzeci z lewej w drugim rzędzie) wśród wykładowców konferencji (fot. Materiał prasowy)
Musimy sobie zdawać sobie sprawę, że dążymy do pewnej formuły zespołu szkoleniowego. Oczywiście, zawsze najważniejszy jest trener. Natomiast drugim członem, niezwykle istotnym w nowoczesnym treningu i sporcie, jest zespół medyczno-naukowy, który ma zdecydowanie reagować (do tego się szkolimy) wtedy, kiedy należy leczyć sportowca. Współuczestniczy w sposób wiarygodny, podbudowany naukowym doświadczeniem i szeroko prowadzonymi badaniami w procesie treningowym. Elementy tego sposobu postępowania muszą być znane każdemu nowoczesnemu trenerowi.
Trener nie powinien, a nawet nie może leczyć zawodnika, ale musi wiedzieć, że takiej chorobie, przeciążeniu, kontuzji można zapobiegać. Powinien znać objawy przetrenowania, które są bardzo konkretne i widoczne, i zastanowić się, czy już w tym momencie skorygować swój sposób treningu. Proszę pamiętać, że mówimy o sporcie wyczynowym, w którym treningi wykonywane są niekiedy dwa razy dziennie na granicy wydolności ludzkiego organizmu. To nie może pozostać bez wpływu na normalny rozwój człowieka, a mówimy o człowieku wytrenowanym, przygotowanym w dużo większym stopniu niż w innym profesjach. Ale jednak poddanym biologii. Biologia ma swoje prawa.
Mamy swoje ograniczenia
Zdecydowanie tak, ale one czasem się przesuwają i niekiedy gubimy się, gdy jest już za późno. Pomijając już sprawy zdrowotne, ale nawet z punktu widzenia efektów i wyników sportowych jest to bez sensu, gdyż zawodnik może po prostu zakończyć w ten sposób karierę sportową.
Nowoczesny trener powinien umieć pewne zagadnienia rozpoznać, a inne zastosować w praktyce. Psychologia sportu, która wchodzi do działań wspomagania treningu sportowego, startu w zawodach, jest bardzo ważnym elementem, nie zawsze docenianym. Nie zawsze środki finansowe pozwalają, by taki pełny team z psychologiem stworzyć, ale jeżeli trener nauczy się na naszej konferencji kilku prostych działań związanych z redukcją stresu, może to wykorzystać bardzo skutecznie w treningu jak i w zawodach.
Również kilka innych elementów. Jesteśmy w stoisku firmy homeopatycznej. Celowo zaprosiliśmy do udziału w konferencji Polskie Towarzystwo Homeopatii Sportowej, ponieważ jest to trudny temat w sensie pełnej wiarygodności stosowania. Mówię o tym, bo od kilku miesięcy w środowisku sportowym toczy się batalia nad zasadnością uznania homeopatii. Ja podchodzę do tego zupełnie inaczej jako organizator i przedstawiciel tego typu konferencji. Nie możemy nie mówić o czymś, co się powszechnie dzieje. Homeopatia i jej preparaty są używane w sporcie. Jeżeli więc spróbujemy nie ograniczać jej z powodu braku jednoznacznych i wiarygodnych doniesień naukowych zasadności korzystania z homeopatii, mając świadomość, że nie odkryto jeszcze objawów ubocznych stosowania tego typu preparatów. Są one skuteczne w leczeniu, jak i wspomaganiu treningu sportowego. Tego typu elementy, także żywienie i wspomaganie, są zagadnienieniami, które muszą być znane trenerowi.
Dużym zainteresowaniem cieszył się wykład z psychologii sportowej (fot. Materiał prasowy)
Obarcza Pan zatem dużą odpowiedzialnością trenerów, by dbali o zdrowie zawodników. Wiadomo jednak, że w polskim sporcie nieraz brakuje w grupie szkoleniowej odpowiedniego sztabu medycznego. Czy zatem taki szkoleniowiec jest w stanie na takiej konferencji znaleźć dla siebie wskazówki postępowania na treningu, w pracy z podopiecznymi?
Oczywiście, powiedzmy, że niższej klasy rozgrywkowej zdecydowanie tak. Dlatego że ograniczenia w realizacji tworzenia takiego teamu szkoleniowego są konkretne – jest to kwestia finansowa. Na poziomie olimpijskim i kadry narodowej to już funkcjonuje. Zaś trener, o którym Pan mówi, jest zwykle hobbystą, ponieważ nie ma odpowiednich funduszy, aby zatrudnić lekarza (jeżeli się znajdzie, to chwała mu za to).
Jako Polskie Towarzystwo Polskiej Medycyny Sportowej będziemy prowadzić kursy dla kolegów z innych specjalności. Szkolimy ich, aby mogli wykorzystać swoją wiedzę i, jak również w sensie formalno-prawnym, mogli udzielać porad oraz oceniać możliwość dopuszczenia zawodnika do uprawiania sportu. Jest to cykl jednoroczny, cztery spotkania zakończone egzaminem i cieszymy się, że coraz więcej lekarzy innych specjalności w tym uczestniczy.
Trener zaś dowie się tego, o czym mówiłem na początku. Będzie miał w świadomości konieczności kontaktu z nauką w kontekście nie tylko zdrowia. Pojawia się nieraz konflikt pomiędzy lekarzem a trenerem, w którym kwestia powrotu do treningu zawodnika jest skracana. Rozsądny trener, który będzie na tego typu konferencjach, na pewno uzyska kompromis od rozsądnego lekarza. Możemy tak postępować, żeby nie przekroczyć do końca praw biologii, ale w jakiś sposób je kompromisowo potraktować dla zdrowia, to jest najważniejsze. Jako młody lekarz wiele razy w takiej sytuacji bywałem.
Staramy się także, żeby szkolenie odbywało się w sposób czynny, jak na konferencji, i bierny. Pokłosiem tego wydarzenia musi być coś, co będzie można prezentować i rozprowadzić w postaci wydania odrębnego numeru czasopisma „Medycyna Sportowa”, poświęconego właśnie tym zagadnieniom. Zachęcimy wszystkie związki gier zespołowych, aby spróbowały z nami zwielokrotnić nakład tego wydania i bezpłatnie rozprowadzać. Trzeba robić wszystko, by tę kwotę zmniejszyć. Także żeby te okręgowe, lokalne związki czy kluby sportowe mogły być dofinansowane w celu zmniejszenia lub zlikwidowania kosztów uczestnictwa.
A co dla siebie znalazłby przeciętny zawodnik na tej konferencji? Każdy przecież sportowiec, nawet gier zespołowych, chce dbać jak najlepiej o swoją karierę.
Konferencja „Medycyny Sportowej” (fot. Materiał prasowy)
Jak najbardziej. Mamy wielu świadomych ludzi. Sport uprawiamy od małego, choć może nie jest to do końca właściwe. Jeśli bowiem pięcioletnie dziecko jeździ na łyżwach i pływa, to nie jest to najlepsze. Natomiast sport uprawiamy do wieku, może nie emerytalnego, ale do trzydziestu kilku lat.
Zatem mówimy o świadomych ludziach, którzy dbają nie tylko o swój sukces, ale i o swoje zdrowie. Przykładów mamy dużo u największych sportowców. Pamięta Pan z pewnością Roberta Korzeniowskiego, który ten swój zegarek włączał i wyłączał. Było to może traktowane z przymrużeniem oka przez trenerów-gamoni czy działaczy i mówię to z pełną świadomością, ponieważ on był często uczestnikiem naszych konferencji jako słuchacz. Wiedział co robi, realizował to sobie w sposób właściwy, znał się na tym.
Dotyczy to wielu sportowców, którzy są po studiach, którzy potrafią to robić, tylko trzeba ich ukierunkować. Oni będą potem znakomitymi trenerami, bo świadomy dorosły sportowiec jest niekiedy trenerem dla samego siebie i może nawet skorygować plany szkoleniowca, któremu nie chce się przyjeżdżać na konferencje.
Chciałbym jeszcze zapytać, z jakimi dziedzinami sportu związał się Pan podczas swojej pracy lekarza?
Generalnie, moim zainteresowaniem są sporty walki. Dwa lata temu założyliśmy nawet czasopismo poświęcone sportom walki i próbujemy to jakoś rozruszać. Długo mógłbym o tym opowiadać i dawać siebie jako przykład, kiedy jako młody lekarz objąłem kadrę judo. Było to przed igrzyskami olimpijskimi w Seulu, 1986 rok, gdy nauka dopiero wchodziła jako wspomaganie treningu, a ja byłem pewnym siebie lekarzem po specjalizacji, chirurgiem.
Na początku wydawało mi się, że trener był takim, który zjadł wszystkie rozumy i się wymądrzał, bo wypytywał mnie o różne sprawy. Myślałem, że jestem świadom wszystkiego, a on był człowiekiem, który tej medycyny nie skończył, ale on mnie stymulował do poszukiwania. Mobilizował mnie, bo jeździł po świecie i mówił mi, że słyszał o takim a takim sposobie leczenia i ja się uczyłem. Celowo szukałem sposobu, żeby sprostać jego wymaganiom. On mniej na ten temat wiedział, ale wiedział, że coś takiego istnieje. To jest trener, który powinien funkcjonować w naszej rzeczywistości.
Dr Marek Krochmalski (z lewej) podczas jednej z sesji (fot. Materiał prasowy)
Cóż, i sukcesy były, zarówno srebrne i złote medale. Może Pan pamięta Janusza Pawłowskiego, srebrnego medalistę z tych igrzysk, już kończącego karierę sportową. Właśnie wtedy zaczęliśmy wprowadzać psychologię sportową, właściwie jako pionierzy. Psycholog często bywał na spotkaniach, ja to koordynowałem. Jednak to psycholog spowodował, że doświadczony zawodnik, wracając z sukcesem z igrzysk, największego w karierze, dziękował przede wszystkim jemu. Psycholog przez te dwa, trzy miesiące przed igrzyskami tak go ustawił mentalnie, że poradził sobie ze stresem. To był zawodnik, który był w pewnym sensie dla siebie trenerem. Te doświadczenia, których nabrałem i wiem, że dziś mam ich już trochę więcej, staram się przekazywać i organizować ze znakomitymi kolegami takie konferencje.
Krochmalski: Trener musi wiedzieć, czego żądać
iGol.pl: Jak Pan ocenia tego typu inicjatywę jak ta konferencja?
Dr Marek Krochmalski: Najważniejszą w tym wszystkim rzeczą jest to, że należy pracując ze sportowcami posiadać szeroką wiedzę, ponieważ jest to trochę inna dziedzina życia niż codzienność zwykłego człowieka. Związku z tym lekarze i trenerzy, którzy pracują z tymi ludźmi, powinni cokolwiek więcej wiedzieć i umieć poruszać się po temacie po to, by orientować się, jakie zagadnienia są istotne i gdzie należy szukać pomocy, przyczyn niedoskonałości, kontuzji czy złego samopoczucia. By wiedzieć coś więcej niż tylko moja własna działka, którą na co dzień uprawiam.
Konferencja skierowana jest również w dużej mierze do trenerów.
Trenerzy muszą wiedzieć, co od nas lekarzy wymagać, a czego można oczekiwać i co medycyna może w stosunku do zawodnika. Trener może od nas tego żądać.
Co jednak w sytuacji trenera w niższych klasach rozgrywkowych, który nie ma właściwego kontaktu z lekarzem i sam musi organizować trening?
Z tym jest problem. My w ramach PZPN-u stworzyliśmy kilka lat temu komisję medyczną, ale nie taką, jak w innych związkach, złożoną z dwóch, trzech lekarzy, lecz stu. Teraz sciągamy fizjoterapetów. Nie robimy tego ot tak, aby było, tylko dlatego, że ciągnie się za tym pewna konsekwencja. Dziś jest tak, żeby być lekarzem w zespole kadry narodowej, Ekstraklasy i pierwszej, i drugiej ligi trzeba mieć certyfikat naszej komisji, a by dostać certyfikat trzeba się szkolić. Jest to delikatne przymuszenie ludzi do podnoszenia swoich umiejętności i kwalifikacji.
Bardzo zaawansowane jest to szkolenie?
Tak, oczywiście. Obowiązkiem każdego lekarza, który ma certyfikat Polskiego Związku Piłki Nożnej, jest uzyskanie tzw. stu punktów edukacyjnych. Dzisiejsza konferencja to 40 punktów. Nie jest to tak trudne do spełnienia, ale trzeba jakiś wysiłek zrobić i zdobyć pozostałe punkty, na przykład publikując jakieś prace bądź będąc członkiem Polskiego Towarzystwa Medycyny Sportowej czy Traumatologii Sportowej. Lekarze mają zatem możliwości, ale mają też obowiązek. Najważniejszym przymusem jest obecność w grudniowej konferencji organizowanej w ramach PZPN-u, ponieważ będzie poruszony tzw. upgrade do przepisów antydopingowych na następny rok. Wszyscy bez wyjątku muszą być obecni na takim szkoleniu.
Jak by Pan ocenił dzisiejszy poziom świadomości trenerów w piłce nożnej?
Zdecydowanie leszy. Jestem wytrawnym lekarzem, pracuję wiele lat w sporcie i pamiętam początki i w porównaniu do dzisiaj jest to duża różnica. Pracowałem jeszcze ze świętej pamięci trenerem Nizielskim, znanym fachowcem piłki nożnej. Było to inne podejście trenera i lekarz był tylko dodatkiem. Dziś jest ważna osobą, zauważaną i dobrze postrzeganą przez trenera, ponieważ decyduje o zdrowiu zawodnika.
Nasza komisja medyczna po to stworzyła certyfikaty, żeby lekarz mógł na bieżąco monitorować zdrowie zawodnika. Badania okresowe robione są raz na pół roku. Jeśli dziś jestem zdrowy, a jutro jestem chory, ale mam ważne badanie, to teoretycznie mogę uczestniczyć w zawodach. A przecież nie o to chodzi. Doprowadziliśmy do tego, że na bieżąco monitorujemy sobie zawodnika i u nas nie może zawodnik grać w meczu, jeżeli nie ma aktualnej akceptacji lekarza danego zespołu, który posiada certyfikat. Jak jestem szefem medycznym zespołu, to ja daję pieczątkę na konkretny mecz, że dziś ten zawodnik jest zdrowy. Dla nas jest to duże obciążenie. Jeśli, nie daj Boże, coś by się stało, to bierzemy za to odpowiedzialność. Jest to dobre zarówno dla zawodnika, jak i dla trenera.
Co jednak ze świadomością indywidualną zawodnika, który na pewnym etapie będzie musiał również sam o sobie zadbać?
Powiem przekornie, świadomość zawodnika indywidualnego o tym, co mu wolno, szczególnie w aspekcie przepisów antydopingowych jest większa niż w grach zespołowych. Gry zespołowe rządzą się innymi prawami. Zawodnik jest częścią grupy i ktoś za tę grupę odpowiada, więc nie do końca musi wiedzieć, bo ktoś za niego decyduje. On wchodzi na boisko i musi grać.
Z lekarzami rozmawiał Piotr Wojciechowski
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.