Miał zaledwie 20 lat, gdy postanowił wyruszyć w nieznane i spróbować sił na Islandii. Dwa lata później przeprowadził się do Australii, gdzie spędził 11 lat życia. Mimo że ma na swoim koncie występy w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy u boku takich zawodników jak Słowik czy Lewczuk, postanowił poszukać szczęścia w innym miejscu. Zamiast gry w 3. lidze polskiej wybrał niesamowitą przygodę, której nie żałuje. Zapraszamy do przeczytania wyjątkowej rozmowy z Andrzejem Jakimczukiem, byłym zawodnikiem Jagiellonii Białystok, występującym przez lata w zespołach z Australii.
Dominik Michalski (iGol.pl): Pochodzisz z Białegostoku, więc to oczywiste, że chcąc rozwijać się jako piłkarz, skierowałeś swoje kroki w kierunku Jagiellonii. Grałeś w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy w jednym zespole z m.in. Igorem Lewczukiem czy Jakubem Słowikiem. Jak wspominasz tamten czas?
Andrzej Jakimczuk: To na pewno najlepszy czas, jeśli chodzi o mój polski etap gry w piłkę. Tak jak wspomniałeś, przewinęło się wówczas wiele znanych nazwisk – jeszcze m.in. Rafał Gikiewicz czy Thiago Cionek. Pamiętam mój debiut w Młodej Ekstraklasie, wchodziłem wtedy na boisko za Marka Wasiluka. To był moment, kiedy mierzyłem się z wielkimi markami i zawodnikami, grając m.in. przeciwko Legii czy Widzewowi.
Jeśli chodzi o samą Jagiellonię, to pamiętam, że trenowali z nami także Krzysztof Król czy Szymon Matuszek. Na jednym treningu tuż przed wyjazdem z Białegostoku pojawił się także Kamil Grosicki. Miałem również okazję odbyć trening z pierwszym zespołem pod okiem trenera Michała Probierza. Dla mnie był to niezwykle intensywny czas, ale wspomnienia z tego okresu mam bardzo pozytywne.
Twoje starania zostały wkrótce wynagrodzone powołaniem na konsultację kadry młodzieżowej. Jak zapisało się to w Twojej pamięci?
Zgadza się. Co prawda, była to tylko konsultacja kadry, ale jednak mając na sobie koszulkę z orzełkiem na piersi, czujesz ogromną dumę. Odczuwałem ją zarówno ja, jak i moi rodzice. Pech chciał, że na tamtym zgrupowaniu złamałem nos i musiałem je przedwcześnie opuścić. Było to jednak ostatnie zgrupowanie kadry, na jakim się pojawiłem.

Do tej pory wszystko szło po Twojej myśli. Dlaczego więc nie udało się zagrzać miejsca w Białymstoku na dłużej?
Tak jak wspominałem, to był intensywny okres. Byłem wtedy zawodnikiem zawodowym, co wiązało się z treningami pięć razy w tygodniu. W pewnym momencie złapałem kontuzję, co zbiegło się czasowo z przyjściem do Jagiellonii trenera Mariusza Rumaka. Straciłem wtedy sporo czasu i nie miałem jak się pokazać.
Po pewnym czasie szkoleniowiec stwierdził, że nie będę odgrywał ważnej roli w drużynie i zaproponował mi wypożyczenie do III ligi – w grę wchodziła Wissa Szczuczyn. Zdecydowałem jednak, że z racji możliwości wyjazdu za granicę wolę spróbować szczęścia gdzie indziej.
Czy już wtedy wiedziałeś, że nie będziesz grał zawodowo w Polsce i postanowiłeś szukać innej ścieżki zawodowej na dalekiej Islandii?
Kwestia finansowa była w tym wypadku istotna. Mając możliwość wyjazdu, wiedziałem, że wiąże się to z łączeniem pracy zawodowej z graniem w piłkę. Przejście do III ligi praktycznie zamykało mi drogę do futbolu na wyższym poziomie. Rzadko zdarza się bowiem tak, żeby po wypożyczeniu do III czy IV ligi wrócić do klubu macierzystego i odgrywać w nim ważną rolę.
Tak właśnie pomyślałem, stąd zapadła decyzja o wyjeździe na Islandię. Może się myliłem? Mogło być przecież tak, że po pół roku wróciłbym do Jagiellonii i zaczął regularnie grać. Tego się już nie dowiemy, ale ja w tamtym momencie byłem w pełni zadowolony z podjętej decyzji.
Jak to się w ogóle stało, że trafiłeś na Islandię i dlaczego akurat ten kierunek?
Znalazłem się tam z polecenia, dzięki trenerowi pracującemu wówczas w Jagiellonii, który otworzył tę możliwość. Kierunek był więc z góry ustalony, ale nie narzekałem na miejsce, w którym wówczas mieszkałem. Drużyna występowała wtedy w III lidze, a wyjechałem tam razem z Maćkiem Majewskim. W pierwszym sezonie udało mi się zdobyć siedem bramek i czułem, że jestem w bardzo dobrej dyspozycji. Pod koniec rozgrywek w klubie docenili nasz wkład, mówiąc, że bez nas nie udałoby się awansować do II ligi, co stanowiło wówczas duży sukces dla klubu.
Co zaskoczyło Cię najbardziej po przyjeździe na Islandię? Czym islandzkie realia, zarówno piłkarskie, jak i te z życia codziennego, różniły się od polskich? Do czego trudno było się przyzwyczaić?
Ten kraj w wielu aspektach różnił się od Polski; zarówno kultura, jak i klimat były zupełnie inne. Jeśli chodzi o sam klub, to była dla mnie cała masa nowych kwestii. Tak naprawdę KFR Rangárþing było moim pierwszym klubem seniorskim. W zasadzie dopiero niedawno zdałem sobie z tego sprawę. W Jagiellonii grałem co prawda w rozgrywkach młodzieżowych i Młodej Ekstraklasie, ale swój w pełni seniorski debiut zaliczyłem właśnie na Islandii.
Natomiast jako zagranicznemu zawodnikowi najtrudniej było mi się przyzwyczaić do mentalności Islandczyków. Tam, gdy w szatni nikt się do mnie nie odzywał, początkowo myślałem, że wszystko jest w porządku. Oni jednak rozumieją to nieco inaczej. O pewnych kwestiach po prostu nie mówią, przez co czasem czułem się zagubiony i momentami jak ten „jeden obcy” w drużynie.
Wspomniałeś także o specyficznym klimacie i warunkach pogodowych. Tamtejsza aura daje się mocno we znaki?
Zdecydowanie. Czasem dochodziło do wręcz absurdalnych sytuacji, gdy wiatr wiał tak porywiście, że aby wykonać rzut rożny, kolega z zespołu musiał przytrzymywać piłkę ręką. To nie są może codzienne sytuacje, zdarzają się raz na dziesięć meczów, ale doskonale obrazują tutejsze realia.
Nie myślałeś w takim razie, żeby po udanych występach poszukać swojego miejsca w innym, lepszym islandzkim klubie?
Na Islandii jeszcze kilkanaście lat temu wcale nie było to takie proste. Jeśli grasz w jakimś zespole, po pewnym czasie ludzie uważają cię tam za „swojego”. Nie jest łatwo zmienić otoczenie, często musisz szukać nowej opcji całkowicie na własną rękę.
Dwa lata później wylądowałeś po przeciwnej stronie globu – w Australii. To dość zaskakujący i niecodzienny kierunek dla polskiego piłkarza. Skąd pomysł na ten wyjazd?
Powodem zmiany klubu był fakt, że spadliśmy z ligi, a ja nie chciałem znów zaczynać zabawy od III ligi. Już gdy wyjeżdżałem z Polski, miałem te dwie opcje na stole. Z racji tego, że Australia wciąż pozostawała otwarta, po przeliczeniu potencjalnych korzyści stwierdziłem, że finansowo ten kierunek mocno się opłaca i spróbuję tam swoich sił.
Wątek australijski jest niezwykle interesujący, tym bardziej że występowałeś w drużynie Polonia Sydney. To klub z wieloletnią tradycją sięgającą 1949 roku, uznawany za najstarszy polski klub w Australii. Opowiedz o nim nieco więcej.
Jeśli się nie mylę to w latach 60. klub grał w State League, czyli lidze stanowej. Tworzyli go Polacy, którzy wyjechali tam jako pierwsi. Były sukcesy, a ten kierunek przez lata cieszył się dużą popularnością wśród rodaków. Teren i sam obiekt są polskie, klub należy do Polaków. Można śmiało powiedzieć, że to taka kolebka polskości i miejsce spotkań australijskiej Polonii. O randze tej instytucji najlepiej świadczy fakt, że gościli tam m.in. prezydent Andrzej Duda oraz Cezary Pazura, a w gościnnym meczu wystąpiła nawet drużyna Polsatu.
Jeśli chodzi o drużynę, to zawodnicy pochodzili głównie z okolicznych rejonów. Do zespołu trafiłem natomiast z polecenia. Działacze znali moją historię oraz dotychczasowe kluby i wiedzieli, że mogę podnieść poziom sportowy.
Żyjąc w Australii, z pewnością zetknąłeś się z wieloma nowymi rzeczami. Miałeś jakiegoś przewodnika po tym kraju czy wszystkiego musiałeś doświadczać na własnej skórze?
Trafiłem tam za sprawą Henryka Mojsy, byłego kapitana Jagiellonii, który trenując przez chwilę Młodą Ekstraklasę w Białymstoku, znał moje możliwości. To on mnie polecił i bardzo chciał, żebym spróbował sił w pierwszej State League. Co ciekawe, pomagał nie tylko mnie. Planował m.in. znaleźć klub Michałowi Fidziukiewiczowi w Nowej Zelandii, w zespole Wellington, który był ówczesnym mistrzem kraju. Trener Mojsa jeździł ze mną po klubach na treningi i testy na samym początku, więc śmiało mogę uznać go za mojego przewodnika. Muszę też wspomnieć o Albinie Mikulskim, który również bardzo pomógł mi w poszukiwaniu klubu.
Był chyba moment, że stałeś o krok od angażu w pierwszej lidze stanowej. Dlaczego ostatecznie się nie powiodło?
W State League obowiązywał wówczas przepis, zgodnie z którym w drużynie mogło grać tylko dwóch zawodników spoza Australii. Byłem na testach w jednym z klubów, gdzie miałem być tym drugim obcokrajowcem. Na jednym z ostatnich treningów przed podpisaniem kontraktu pojawił się jednak Koreańczyk Danny Choi, który grał na mojej pozycji. Ja akurat miałem wtedy słabszy dzień, a on zaprezentował się znakomicie. Ostatecznie klub wybrał Choia. Działacze chyba się nie pomylili, bo Choi ma dziś na koncie nawet występy w A-League. Choć kto wie – może gdybym to ja dostał wtedy szansę, też dopisałbym do swojego CV występy w australijskiej elicie?
Czy z pobytem w Australii wiąże się jakaś ciekawa anegdota pozaboiskowa?
Warto wspomnieć o spotkaniu na terenie obiektu Polonii Sydney. Zostałem zaproszony na organizowany tam jarmark świąteczny i spotkałem się z Adrianem Mierzejewskim, który grał wówczas w Sydney FC i był wybierany najlepszym zawodnikiem całej A-League. Powiedział mi, że czytał mój wywiad na Weszło, dzięki czemu kojarzył moje nazwisko i znał moją historię. Gdy później wróciłem do Polski, spotkaliśmy się ponownie na meczu rezerw Jagiellonii ze Stomilem Olsztyn. Pamiętał mnie z Australii i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.

Spędziłeś w Australii aż 11 lat. Możesz uznać ten kraj za swój drugi dom? Jak odnajdowałeś się w tamtejszym społeczeństwie?
Oczywiście, że tak, ale to w dużej mierze zasługa ludzi. Przyjezdnych Europejczyków bardzo się tam lubi. Od razu cię „kupują” i stajesz się swojski. Nie było problemu z nawiązywaniem znajomości, ponieważ ludzie są tam niezwykle otwarci i chętni do pomocy.
Posiadasz także australijskie obywatelstwo. Uzyskanie paszportu to chyba jednak długotrwały proces?
Było to dla mnie pewnego rodzaju celem. Ze względu na pracę spełniłem wszystkie kryteria. To był dość mozolny proces, ale finalnie się powiódł. Daje to ogromne poczucie komfortu. Gdy zdecydujesz się na powrót, wracasz jako pełnoprawny obywatel Australii i nie musisz już za niczym gonić ani wszystkiego załatwiać od nowa.
Występowałeś również w Mosman FC. Dlaczego zdecydowałeś się na zmianę klubu?
Polonia grała w lidze District, gdzie nie było awansów, a mecze toczyły się w stałym zestawieniu. Było to już granie czysto amatorskie, a niektórzy zawodnicy traktowali je jako czystą rekreację. Stwierdziłem, że szukam nowych wyzwań i przeniosłem się do Mosman FC.
To był zespół, w którym grało wielu chłopaków z tzw. bogatych domów. Mogło brakować im techniki, ale nigdy zaangażowania i pasji. Przychodzili na każdy trening amatorskiej drużyny po to, by stawać się lepszymi. W każdy trening i mecz wkładali ogrom serca. Poza boiskiem to byli absolutnie „top guys”. W ich towarzystwie nigdy nie czułem się źle, w drużynie panowała świetna atmosfera, a nawet po porażkach nikt nie robił tragedii. Prawdziwy zespół: głowa do góry i walczymy dalej. Mimo że to był szósty poziom rozgrywkowy, zachowywaliśmy pełny profesjonalizm. W zespole przewinęło się wielu chłopaków z przeszłością w największych akademiach świata, którzy wybrali inną drogę życiową, ale nawyki zostały. Zresztą w innym klubie, Brookvale, grałem z zawodnikiem, który osobiście znał Harry’ego Maguire’a i spędził z nim dzieciństwo, grając w piłkę.

Czy przez te wszystkie lata w Australii miałeś momenty, w których poważnie zastanawiałeś się nad powrotem do Polski?
W Australii dotkliwie czuje się odległość od domu. Normalnie latałem do Polski na lato co roku, ale gdy zaczął się COVID, te możliwości mocno się ograniczyły. Kiedy zostałem w Australii sam, udzieliło mi się silne pragnienie powrotu. Chciałem też wrócić jeszcze na Islandię, żeby historia zatoczyła koło.
Australia to popularny kierunek emigracji, ale niewielu łączy tam pracę z regularną grą w piłkę tak jak na Islandii. Z czego to wynika?
W Australii jest po prostu drożej. Kraj daje spore możliwości, ale wyjeżdżając tam, musisz posiadać solidne zaplecze finansowe. Z kolei Islandia jest niezwykle atrakcyjna dla obcokrajowców, bo panuje tam kultura powszechnego grania w piłkę. Boiska są ogólnodostępne, a kraj liczący ok. 300 tysięcy mieszkańców ma bodajże aż sześć poziomów rozgrywkowych. Polacy świetnie się tam odnajdują, szczególnie młodzi zawodnicy, którzy chcą grać w piłkę i łączyć to z pracą na etacie lub pół etatu.
Po pewnym czasie wróciłeś jednak do Polski i występowałeś w III-ligowym KS Wasilków. Co skłoniło Cię do tej decyzji?
Podjęliśmy taką decyzję wspólnie z moją ówczesną partnerką, która była ze mną zarówno na Islandii, jak i w Australii. Uznaliśmy, że fajnie byłoby wrócić i być bliżej rodziny. Musiałem jednak na nowo adaptować się do życia w Polsce – po pobycie na Islandii i w Australii polska rzeczywistość wydawała się zupełnie inna.
Historia jednak zatoczyła koło i po krótkim pobycie w kraju znów wylądowałeś na Islandii. Czy to tutaj widzisz swoją przyszłość?
Ten wyjazd na Islandię to raczej chwilowy powrót. Do teraz mieszka tu moja siostra, której przed wylotem do Australii pomagałem się tu zadomowić, ale nie zamierzam zostawać na Islandii na stałe.
Jak obecnie wygląda Twoje życie codzienne i czym się zajmujesz?
Tak jak za pierwszym razem na Islandii, pracuję na produkcji. Oprócz tego cały czas jestem aktywny fizycznie. Chodzę na siłownię, basen, a ostatnio zacząłem także trenować boks.
Czy kontynuujesz jeszcze grę w piłkę?
Właśnie skończył się sezon na Islandii. Zdołałem zagrać tylko w jego końcówce, a Rangárþing utrzymało się w 4. lidze. Co przyniesie następny sezon? Tego jeszcze nie wiem. Zastanawiałem się nad innymi rolami w futbolu, m.in. zaangażowaniem się w pracę menedżera, skauta albo trenera.

Jakimczuk zastanawia się nad pozostaniem przy piłce nożnej w innej roli. Ostatnio z perspektywy trybun obserwował mecz Islandia – Bułgaria
Jakie wnioski wyciągasz ze swojej niesamowitej piłkarskiej przygody? Czego nauczyły Cię wyjazdy i pobyt w tak odległych zakątkach świata?
Przede wszystkim tego, jak ważne jest poznawanie różnych ludzi i odmiennych kultur. Powiedzenie, że podróże kształcą, jest w pełni prawdziwe. Po przebytych wojażach wiem i widzę znacznie więcej, poznałem sporą część świata i uważam to za bezcenne doświadczenie.
Gdybyś miał wykonać rachunek sumienia, patrząc na przebieg Twojej kariery. Co uważasz za największe osiągnięcie, a czego najbardziej żałujesz, że nie udało się dokonać?
Najbardziej żałuję tego, że nie zadebiutowałem w Ekstraklasie. Najbliżej tego celu byłem w Jagiellonii. Z kolei za największe osiągnięcie uznaję powołanie na konsultację kadry do lat 18, co było ogromnym wyróżnieniem, a także samą grę w Jagiellonii z tak utytułowanymi zawodnikami.
Na koniec mam takie pytanie: jesteś ponownie 20-letnim Andrzejem Jakimczukiem i kończysz przygodę z Jagiellonią. Podejmujesz taką samą decyzję jak 15 lat temu czy wybierasz inny zagraniczny kierunek? A może zostajesz w Polsce?
Wyjechałbym bez wahania, nie żałuję tamtej decyzji. Nabrałem mnóstwa nowych doświadczeń, a te podróże i codzienne radzenie sobie w przeróżnych sytuacjach ukształtowały mnie również jako człowieka. Więc tak – gdybym mógł cofnąć czas do momentu, gdy miałem 20 lat, po raz kolejny spakowałbym walizki i ruszył w świat.
Wielkie dzięki za rozmowę i powodzenia w najbliższej przyszłości, niezależnie od drogi, na jaką ostatecznie się zdecydujesz. Wszystkiego dobrego!
Dziękuję również i pozdrawiam wszystkich czytelników!











