Od momentu, kiedy to po ponad godzinie gry niezwykle emocjonująco zapowiadającej się rywalizacji Milanu z Napoli napastnik „Rossonerrich”, Zlatan Ibrahimović, ujrzał czerwoną kartkę za swoje haniebne zachowanie, nie milkną glosy, że Milan tym samym już pożegnał się ze scudetto. Początkowo tylko kibic z kibicem na trybunach na ten temat polemizowali. Następnie sprawa była poruszona podczas popularnego we Włoszech niedzielnego podsumowania Serie A w „La Domenica Sportiva”. Aż w końcu temat ten trafił na łamy iGol.pl.
Jak to niewiele trzeba, żeby ta piękna bańka mydlana pękła. Jeden gwałtowny ruch i koniec. Już nie ma. Czy podobnie będzie z Milanem? Niesubordynacja szwedzkiego gwiazdora jest wszystkim powszechnie znana. Wybryki temu piłkarzowi zdarzają się, i to coraz częściej. Cały czas sytuacja ma ten sam przebieg. Głupota, skrucha, głupota, skrucha. Ile można? Teraz jednak przez infantylne zachowanie napastnika Milanu pokutować może cała drużyna.

Z „Ibracadabrą” trudno jest grać. Potwierdzają to i Robinho, i Pato. Krytyczne uwagi Szweda nieraz wpędzają obu Brazylijczyków w ogromną frustrację. Reprezentant Szwecji kieruje nimi na boisku niczym charyzmatyczny Aleksander w bitwie pod Issos. Jednak teraz to właśnie on zawinił. I to na całej linii. Kara, jaką otrzymał, to nie tylko czerwona kartka, to absencja w trzech najbliższych spotkaniach. W tym dwóch z rywalami ze ścisłej czołówki – Udinese i Juventusem. To że w lutym rozstrzygną się losy mistrzostwa Włoch, byłoby zbyt pochopną opinią. Jednak może to być miesiąc, w którym piłkarze ze stolicy Piemontu mogą zrobić milowy krok w kierunku pierwszego po powrocie z Serie B tytułu mistrzowskiego.
Całą Italię, od Lombardii po Kalabrię, poruszyła debata na temat tego, czy Milan jest uzależniony od Ibrahimovicia? Debata ta ma sens. W ostatnich kolejkach Milan nie zachwycał. Mimo że przegrał z Lazio, to były piłkarz między innymi Juventusu, Interu i Barcelony był jednym z tych zawodników mediolańskiej ekipy, który ponosił najmniej winy za złe wyniki swojego zespołu. Napastnik robił, co mógł, aby jego drużyna schodziła z murawy z tarczą. Nie zawsze jednak wszystko toczy się tak, jak się tego chce. Najlepszym tego potwierdzeniem jest obecna sytuacja gracza zespołu 18-krotnego mistrza Włoch.
Podopieczny Massimiliano Allegriego jest dla Milanu tym, kim dla Realu Madryt jest Ronaldo, a dla Barcelony Lionel Messi. Zlatan Ibrahimović przez 1642 minuty spędzone na włoskich boiskach podczas obecnego sezonu Serie A zdobył piętnaście goli i popisał się siedmioma asystami. Taki wynik musi budzić uznanie i szacunek. Nie zmienia tego nawet fakt, że sześć bramek Szweda padło po uderzeniach z rzutów karnych. W większości przypadków i tak te karne były dyktowane za przewinienia na napastniku Milanu.
Allegri już przed spotkaniem z Napoli miał problem ze skompletowaniem kadry na mecz. Teraz ten problem jeszcze bardziej się pogłębił. Brakuje Yepesa, Antoniniego, Gattuso, Aquilaniego, Boatenga, Merkela, Cassano i Pato, a niedawno dołączył do tego grona Zlatan. Całkiem niezła drużyna. W zasadzie taki zespół mógłby pokrzyżować szyki niejednemu klubowi, i to nie tylko z włoskiego podwórka. Dla sympatyków „Rossonerrich” szkoda, że przynajmniej połowa z tego grona nie będzie do dyspozycji opiekuna Milanu przed najbliższymi niezwykle istotnymi spotkaniami.
Pozytywne jest jednak to, że Zlatan Ibrahimović daje z siebie wszystko. Żyje meczem. Popełnił błąd, ale nikt nie może mu zarzucić, że się nie starał. Adrenalina meczowa mu się udziela, a piłkarz wydziela ją niczym ślinę. Można być pewnym, że „Ibracadabra” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zresztą, idąc zasadą: umarł król niech żyje król, czas, aby swoje umiejętności w wielkim klubie zademonstrował Maxi Lopez. Sprowadzony z Katanii piłkarz nie spodziewał się, że tak szybko ciężar gry ofensywnej obecnego mistrza Włoch spadnie na jego barki. Jednak życie jest nieprzewidywalne, a piłka nożna dzięki temu jest taka piękna, bo tak zazwyczaj rodzą się bohaterowie. Czy takim bohaterem w Milanie będzie wkrótce Argentyńczyk?