Jak dwa koguty walczące o najlepszą kurę w wiosce – tak ostatnio wyglądali Neymar i Cavani, kiedy ich PSG męczyło się z Olympique’iem Lyon w ostatniej ligowej kolejce. W walce o prawo do piłki jeden nie ustępował pola drugiemu, wypinali klaty, stroszyli pióra i dziobali za każdym razem, kiedy ich zespół zyskiwał jakiś stały fragment gry, nieważne, czy był to rzut wolny, czy rzut karny. Zawody trwały w najlepsze, bukmacherzy, miast zakładów o zwycięzcę w meczu, gotowi byli już wypuszczać nowe typy do obstawiania, kto z tej dwójki pierwszy dopadnie futbolówkę i weźmie ją w posiadanie. A cały ten ambaras na oczach milionów.
Jak ćwierkają zagraniczni dziennikarze, spór znalazł swój ciąg dalszy w szatni, kiedy dwaj zainteresowani rzucili się sobie do gardeł, chcąc wyjaśnić sytuację jak mężczyźni, jeden od drugiego żądając satysfakcji. Rozdzieleni przez kolegów z zespołu ostatecznie rozeszli się do domów, wciąż jednak nie oznaczało to rozejmu, a jedynie chwilowe zawieszenie broni, ciszę przed prawdziwą burzą, jaka za chwilę może ogarnąć Paryż. I lepiej by było dla sympatyków PSG, żeby nie skończyła się ta nawałnica jak w Dolinie Kościeliskiej – kataklizmem i totalnym spustoszeniem.
Kompleks wiecznie drugiego
Problem może leżeć w nienasyconych wciąż ego obydwu gwiazdorów. Bo właśnie, mimo tego miana zawsze był ktoś, kto był przed nimi, kto był tym primus inter pares i nie dawało to im nigdy satysfakcjonującej w pełni pozycji w klubie.
Doskonale rozumiem zachowanie Edinsona Cavaniego, patrząc na to, jaką drogę przebył w Paryżu. Przychodząc do PSG w 2013 r., jako król strzelców Serie A w barwach Napoli, musiał z miejsca pogodzić się z rolą jedynie zmiennika dla, panującego już od roku na Parc Des Princes, Zlatana Ibrahimovicia. „El Matador” przez trzy kolejne sezony czekał na swoje pięć minut, aż w końcu nastały wraz z odejściem Szweda. Wielu wtedy się zastanawiało, czy Cavani będzie na tyle silną osobowością, by przejąć schedę po „Ibrze”, i czy udowodni swoją wartość na boisku. Urugwajczyk na tyle godnie wszedł w buty starszego kolegi, że bardzo szybko otarto łzy po Zlatanie i rozpoczęła się era Cavaniego. Ostatni sezon Edinsona przyniósł mu tytuł króla strzelców Ligue 1 z 35 trafieniami na koncie oraz nagrodę dla najlepszego zawodnika rozgrywek. Wydawało się, że Paryż ma niekwestionowanego lidera na kilka sezonów. Z pewnością nie będzie chciał oddać tak ciężko wywalczonego i długo wyczekiwanego miejsca w klubie, przynajmniej nie bez walki.
Aż tu nagle prezes Nasser Al-Khelaifi zrobił psikusa nie tylko Barcelonie, ale i właśnie Cavaniemu, sprowadzając do Paryża Neymara.
Przypomnijmy, jaka była główna motywacja Brazylijczyka przy podejmowaniu decyzji o zmianie barw klubowych? Oprócz kasy, oczywiście. Wciąż padało, że czuje się niedoceniany w Barcelonie, że chce odgrywać większą rolę w klubie, wyjść z cienia Messiego i pisać własny rozdział w historii futbolu. Czyli mówiąc wprost – chce być numerem jeden, liderem. I najprawdopodobniej dostał zapewnienie od wszystkich w stolicy Francji, że tak się właśnie stanie, byleby podpisał kontrakt.











