Wielu fanów piłki nożnej bardzo często narzeka na poziom meczów – nawet swojej ulubionej drużyny. A to mało bramek, a to zero emocji, a to jeszcze coś innego. Przez prawie trzy ostatnie tygodnie raczeni byliśmy futbolem na najwyższym poziomie, w którym ani przez minutę nie było nudno. Pytanie tylko, ilu z nas śledziło to, co działo się w Tajlandii, czyli w miejscu, gdzie rozgrywane były futsalowe mistrzostwa świata.
W niedzielne popołudnie reprezentacja Brazylii zdobyła swoje piąte w historii mistrzostwo świata. Wszyscy wiemy, jacy grajkowie są z tych „Canarinhos”. Nie dość, że są nieprzyzwoicie wyszkoleni technicznie, to potrafią przełożyć ponad to dobro drużyny i grać jak prawdziwy kolektyw, co udowodniali od pierwszego meczu w grupie, poprzez fazę pucharową, aż do samego starcia finałowego. Przyjemnie się na to wszystko patrzyło. Jeszcze przyjemniej było patrzeć na wisienkę na torcie, czyli walkę o złoty medal. Czy ktoś wyobraża sobie piękniejsze zwieńczenie turnieju piłkarskiego (pal licho, czy futsalowego czy zwykłego na zielonej trawce) od konfrontacji Hiszpanii z Brazylią? Bez zająknięcia stwierdzamy, że to dwie reprezentacje, których zawodnicy z piłką przy nodze potrafią wyczyniać największe cuda spośród wszystkich kopaczy świata.
Niestety, to wszystko już z nami. Cztery lata przyjdzie nam poczekać na kolejne futsalowe szaleństwa związane z mundialem. Cztery lata, żeby tak na dobrą sprawę w ogóle przypomnieć sobie, że istnieje coś takiego jak futsal. Ten, kto oglądał choćby fragmentami tajlandzkie mistrzostwa, doskonale wie, o co chodzi. Mówimy Stambuł, myślimy finał Ligi Mistrzów pomiędzy Milanem a Liverpoolem. W Tajlandii podobne scenariusze były wręcz chlebem powszednim. W ćwierćfinale pomiędzy Portugalczykami a Włochami ci pierwsi prowadzili po 12 minutach (dla kompletnie niewtajemniczonych dodam tylko, że połowa meczu trwa minut 20, a gdy piłka znajduje się poza boiskiem, czas jest zatrzymywany) już 3:0 dzięki hat-trickowi – fantastycznego notabene – Ricardinho. W drugiej połowie Włosi zdołali odrobić straty, zdobywając wyrównującego gola w ostatnich fragmentach spotkania, aby w końcu w dogrywce przypieczętować swój triumf. W drugim ćwierćfinale blisko odpadnięcia z turnieju byli także późniejsi triumfatorzy. Argentyna prowadziła z Brazylią 2:0, aby ostatecznie przegrać 2:3. A to przecież nie wszystko. Czasem w końcu fajnie jest pooglądać pojedynek do jednej bramki, zwłaszcza gdy piłkę kopią niesamowici Brazylijczycy. To do nich należy rekord z tych mistrzostw – biednych Panamczyków pokonali aż 16:0. I nie, nie był to teatr jednego aktora. Był to pokaz drużynowej siły. Bramki strzelało bowiem aż dziewięciu zawodników. „Canarinhos” w ogóle pakować piłki do siatki to potrafią. Ich najwyższe oficjalne zwycięstwo w futsalowym meczu to wygrana… 76:0 z Timorem Wschodnim (tak, istnieje takie państwo).
Futsal nigdy nie przebije popularności zwykłego kopania futbolówki na zielonej trawce. I nikt absolutnie się tego nie domaga. Ale fajną sprawą jest to, że są ludzie, którzy naprawdę się tym interesują. W tajlandzkich halach podczas zakończonych w niedzielę mistrzostw mecze oglądało średnio ponad trzy tysiące widzów. W sumie było ich przeszło 160 tysięcy. Podczas 18 dni rozgrywek rozegrano 52 potyczki, w których padało średnio 6,71 bramki na spotkanie. A przecież to trafienia są solą piłki nożnej. Oprócz goli mogliśmy oglądać naprawdę wspaniałych piłkarzy. Brazylijski czarodziej Neto, który wprawiał w kompleksy większość zawodników rywali (zdobywca Złotej Piłki turnieju). Niebywały Eder Lima, kolejny Brazylijczyk, tyle że w barwach Rosji, który z dziewięcioma golami został królem strzelców. Włoch Stefano Mammarell należący do tej grupy futsalowców, która – oględnie mówiąc – ma przesrane. Chodzi oczywiście o grupę bramkarzy, którzy w futsalu czujni muszą być nawet w momencie, kiedy jego drużyna znajduje się pod bramką rywala…










