Zaczynali od lokalnych boisk w Rudzie Śląskiej, dziś są Mistrzami Polski SOCCA i szykują się na podbój Europy. Piłka sześcioosobowa w Polsce rośnie w siłę z każdym sezonem, a oni stali się jej najjaśniejszą wizytówką. Udowodnili, że gigantyczne zasięgi w mediach społecznościowych można skutecznie połączyć z najwyższą jakością sportową. Członkowie zarządu Dzikich Knurów: Igor Jureczko i Daniel Guziel opowiadają o kulisach budowy sześcioosobowej potęgi, fenomenie kanału na TikToku i sportowej pasji. Głos zabiera również Grzegorz Glapka, wychowanek czołowych polskich akademii, były gracz ŁKS-u Łódź. To on został bohaterem meczu o Mistrzostwo Polski SOCCA i wprawił w ekstazę kibiców Dzikich Knurów. O wyzwaniach, presji i drodze na szczyt rozmawiamy z architektami tego sukcesu.
Dominik Michalski (iGol.pl): Panowie, zacznijmy od samego początku. Kiedy dokładnie narodził się pomysł na „Dzikie Knury” i jakie były kulisy powstania drużyny? Kto lub co było Waszą największą inspiracją do rozwijania tej piłkarskiej pasji i utworzenia własnego zespołu?
Igor Jureczko / Daniel Guziel: Pomysł na Dzikie Knury narodził się wiosną 2023 roku. Siedzieliśmy razem z chłopakami na orliku w naszej dzielnicy i szukaliśmy turnieju gdzie moglibyśmy spróbować swoich sił. Natrafiliśmy na ogłoszenie, że w naszym mieście powstaje liga szóstek i jakoś poszło (koniec końców liga w Rudzie Śląskiej nie wystartowała i rozpoczęliśmy nasze zmagania w Chorzowie). Wszystko to wyszło bardzo naturalnie, gdyż cała nasza ekipa żyje piłką i gra w nią od małego na lepszym czy gorszym poziomie.
Zanim przejdziemy do Waszych sukcesów, nakreślmy kontekst naszym odbiorcom. Piłka sześcioosobowa, czyli SOCCA, dla wielu wciąż pozostaje nieco tajemnicza. Jak w skrócie opisalibyście jej zasady i co – Waszym zdaniem – wpływa na tak szybką popularyzację tej odmiany futbolu w Polsce i na świecie?
SOCCA to bardzo dynamiczna odmiana piłki nożnej. Drużyna składa się z sześciu zawodników (pięciu w polu i bramkarz). Mecze rozgrywane są na mniejszym boisku (z pełnowymiarowego boiska można zrobić cztery boiska do gry w socca). Brak spalonych, wszystkie rzuty wolne są bezpośrednie, a rzuty karne rozgrywane są w stylu MLS z dawnych lat. Dyscyplina ta jest bardzo popularna w Polsce. Bez wątpienia ogromny wpływ na to ma nasza reprezentacja, która jest potęgą na świecie i regularnie przywozi medale z największych imprez, takich jak Mistrzostwa Świata czy Europy. Na popularność wpływ ma także infrastruktura. Praktycznie w każdym mieście mamy do dyspozycji orliki. Zaczyna się to, można powiedzieć, od gry „nasze podwórko na wasze podwórko”. Później drużyny te zapisują się do lepiej zorganizowanych lig i walczą o przepustki na najważniejsze turnieje w kraju. W obecnych czasach coraz trudniej utrzymać uwagę widza i myślę, że właśnie dlatego SOCCA rośnie w siłę. W trakcie spotkania, które z reguły trwa 2×20 minut, może wydarzyć się bardzo dużo.
Szczerze – czy zakładając zespół, spodziewaliście się, że w stosunkowo niedługim czasie stworzycie prawdziwego potentata na krajowym podwórku?
Początkowo, myślę, że najważniejsze w tym wszystkim było to, żeby się dobrze bawić, pojeździć na mecze, powrzucać coś humorystycznego na Instagrama. Jednak z czasem zaczęliśmy coraz bardziej wkręcać się w świat szóstek. Rywalizacja w lidze była dla nas czymś emocjonującym. Chcieliśmy pokonywać kolejne zespoły i mierzyć się z lepszymi od siebie. O sukcesach na krajowym podwórku raczej nie było myśli, jednak z czasem drużyna rosła w siłę. Coraz mocniejsi chłopcy do nas przychodzili, otworzyliśmy drugi zespół, aby każdy, kto choć trochę zaangażowania włożył w ten projekt, nie czuł się pokrzywdzony, że nie gra albo gra mało. Jednak odpowiadając typowo na pytanie, to na początku, myślę, że nikt się nie spodziewał, że w 3 lata uda nam się zdobyć Mistrzostwo Polski.
Z perspektywy czasu i przebytej drogi: co było dla Was największym wyzwaniem w procesie budowania drużyny i w marszu po Mistrzostwo Polski?
Myślę, że najważniejsze było zgranie się i potraktowanie tego trochę poważniej niż tylko jako niedzielne granie na orliku. Konsekwentne dążenie do celu, mimo że istniejemy stosunkowo niedługo, sprawiło, że apetyt na sukcesy bardzo szybko rósł. Graliśmy w lidze, na wielu turniejach i nigdy nie udało nam się stanąć na najwyższym stopniu podium. W pewnym momencie już śmialiśmy się wewnętrznie „Dzikie Knury zero tituli” i że nigdy nic nie wygramy. Aż do maja tego roku, gdzie wygraliśmy turniej eliminacyjny do AlfaFootball, a potem jakoś poszło.
W piłce sześcioosobowej konkurencja jest coraz większa. Co Waszym zdaniem najbardziej wyróżnia Dzikie Knury na tle innych drużyn? Z czego wynika Wasza przewaga?
Najbardziej wyróżnia nas to, że nie jesteśmy zbieraniną przypadkowych ludzi. My tym naprawdę żyjemy. Kiedy jest mecz ligowy, to na naszych spotkaniach zbiera się naprawdę duża grupa znajomych, aby zobaczyć pojedynek na boisku, ale i fajnie spędzić niedzielne popołudnie. Podobnie ma się to na turniejach w różnych częściach Polski. Fajnie to też brzmi, że ekipa kolegów osiągnęła sukces na boisku bez inwestowania pieniędzy w pozyskanie lepszych zawodników.
Jesteście fenomenem nie tylko na boisku, ale i w sieci. Na TikToku i Instagramie obserwują Was tysiące osób. Gdzie tkwi Wasz przepis na sukces w mediach społecznościowych?
Chyba to, że jesteśmy w tym naturalni. To, co publikujemy na TikToku czy Instagramie, to treści humorystyczne, a na co dzień też lubimy sobie „pokręcić beczkę”. Na pewno naszym atutem było to, że jesteśmy ze Śląska i na tych filmikach „godaliśmy” po śląsku. Bardzo ważna jest regularność oraz to, że nawet kiedy jest słabszy okres, to trzeba robić swoje i będzie dobrze.
Prowadzenie drużyny na takim poziomie to na pewno praca na pełen etat. Czy dzisiaj można już powiedzieć, że Wasze życie codzienne kręci się niemal wyłącznie wokół Dzikich Knurów?
Tak, codzienne życie kręci się wokół Dzikich Knurów. Widzimy się codziennie od poniedziałku do piątku, nagrywamy rzeczy do internetu i zajmujemy się sprawami organizacyjnymi. Od września przejęliśmy ligę, w której graliśmy do tej pory. Teraz nazywa się PanBud Dzika Liga SOCCA i niedzielne popołudnia spędzamy na obiekcie, czuwając nad rozgrywkami, jak i grając mecze.
Przejdźmy do najważniejszego momentu – zdobyliście Mistrzostwo Polski. Dla chłopaków z Rudy Śląskiej, twórców całego tego zamieszania, to musiał być piękny moment. Jakie emocje towarzyszyły Wam tuż po końcowym gwizdku?
Ciężko to jakkolwiek opisać – kompletna euforia. Jechaliśmy tam z celem minimum, czyli wyjściem z grupy, żeby zdobyć przepustkę na Ligę Mistrzów w Grecji. Grupa poszła w miarę gładko. Potem czekała na nas ekipa FC Łowcy, w której grali między innymi: Norbert Jaszczak, Kamil Kucharski, Tomasz Warszawski czy Wojciech Trochim. Pokonaliśmy ich 4:2. Następnie półfinał, który wygraliśmy 2:1, no i wielki finał z Eternis & Zakład Pogrzebowy E. W. Winniccy. Niesamowite napięcie przez cały mecz, a samo spotkanie to typowe „szachy”. Rozstrzygnięcie przyniosła „Turbo Dogrywka”, w której Grzesiu Glapka zdobył bramkę na 15 sekund przed końcem. Po końcowym gwizdku udzieliło nam się absolutne szaleństwo. Czuliśmy radość, dumę, wzruszenie. Dużo to dla nas wszystkich znaczyło. Tak dla Ariela Mnochego, który jest legendą SOCCA jak i dla naszego prezesa Michała Kowalczyka. Michał włożył w ten projekt najwięcej czasu, nerwów i zaangażowania. Chyba jako jedyny wierzył w mistrzostwo od początku. My mówiliśmy mu na każdych nagrywkach, że jest szalony, ale jak widać, miał rację.
Dzięki dobrej organizacji i pełnemu zaangażowaniu, wielu chłopaków może przeżyć niesamowitą piłkarską przygodę. Jakie to uczucie mieć realny wpływ na rozwój całej dyscypliny w naszym kraju?
Myślę, że jakąś cegiełkę w kierunku popularności tego sportu dołożyliśmy. Ciężko znaleźć kogoś, kto nie grał albo nie wie, co to jest Playarena. Fajnie widać, jak na przestrzeni lat to idzie do przodu – sportowo czy medialnie.
Przed Wami kolejne wielkie wyzwanie – wyjazd na Ligę Mistrzów do Grecji. Z jakim nastawieniem tam jedziecie i jakie cele stawiacie przed sobą i drużyną na ten turniej?
Bardzo się cieszymy, że znowu możemy wybrać się do Rethymno. Leci nas blisko 40 osób, a organizacja tego wszystkiego to było pierwsze poważne wyzwanie. Po pierwsze i najważniejsze to cele sportowe. W zeszłym roku udało nam się dojść do 1/16 całego turnieju i myślę, że chcemy przede wszystkim poprawić ten wynik. Niedawno drużyna, w większości złożona z naszych chłopaków, zdobyła drugie miejsce w EMF Eurocup. Na pewno jest to fajna rozgrzewka przed wyjazdem na Ligę Mistrzów SOCCA. Łatwo nie będzie, ale mamy dobry zespół i wierzymy, że wyjazd na Kretę przyniesie nam wiele uśmiechu na twarzy. Po drugie, chcemy „dowieźć” ten wyjazd medialnie. Publikować fajne materiały, aby nasi odbiorcy mieli co oglądać i przeżywać to razem z nami.
W rozgrywkach SOCCA widzimy dzisiaj coraz więcej zawodników z bogatą przeszłością na szczeblu centralnym czy nawet reprezentacyjnym. Wystarczy wspomnieć chociażby Adriana Mierzejewskiego czy Seweryna Kiełpina. Wy w swoich szeregach również macie takiego gracza, co idealnie prowadzi nas do kolejnego gościa.
Grzegorz, jesteś wychowankiem Stadionu Śląskiego Chorzów. Grając na Śląsku w Dzikich Knurach można powiedzieć, że po latach wędrówek po Polsce wróciłeś w rodzinne strony. Jakie to uczucie znów grać „u siebie”?
Grzegorz Glapka: Tak naprawdę od zawsze wiedziałem, że moje miejsce jest na Śląsku. To tutaj są moje korzenie i wewnętrznie czułem ogromną potrzebę, by jak najszybciej tu wrócić. Kiedy w końcu udało mi się zrealizować ten cel, poczułem niesamowity spokój. W tym momencie czuję się na Śląsku spełniony.
Jako młody chłopak szkoliłeś się w akademiach topowych polskich klubów – byłeś m.in. w Lechu Poznań i Legii Warszawa. Jak z perspektywy czasu oceniasz ten młodzieżowy etap? Czego uczy pobyt w takich akademiach i dlaczego przeskok z nich do seniorskiej piłki bywa dla wielu tak trudny?
W juniorach zawodnicy mają znacznie większy margines błędu. W seniorskiej piłce każda pomyłka jest o wiele bardziej kosztowna, bo i stawka meczów jest inna. Pojawiają się większe pieniądze, co automatycznie nakłada na zawodników, zwłaszcza tych najmłodszych, ogromną presję. Z perspektywy czasu uważam jednak, że był to niezwykle ważny etap mojego życia. Pobyt w czołowych akademiach, takich jak te w Lechu czy Legii, daje nie tylko możliwość doskonałego rozwijania umiejętności czysto piłkarskich. To przede wszystkim lekcja pełnego profesjonalizmu, radzenia sobie z presją i funkcjonowania w wysoce konkurencyjnym środowisku. Człowiek uczy się tam, że od najmłodszych lat musi codziennie, z ogromną determinacją, walczyć o swoje miejsce w szeregu.
Gdybyś miał wskazać jednego piłkarza, od którego najwięcej nauczyłeś się za czasów gry na szczeblu centralnym, to kogo byś wskazał?
Na boisku nigdy nie starałem się nikogo naśladować. Zamiast tego wolałem skupiać się na własnych mocnych stronach i systematycznie je udoskonalać. Moja filozofia polegała na tym, by z meczu na mecz wyciągać wnioski i na bieżąco korygować błędy. Zawsze chciałem być po prostu najlepszą wersją samego siebie, dlatego trudno mi dzisiaj wskazać jednego piłkarza, który byłby moim absolutnym wzorem.
Udało Ci się zrealizować marzenie wielu młodych piłkarzy – zadebiutowałeś w Ekstraklasie w barwach ŁKS-u Łódź. Jak wspominasz tamten czas? Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie z lat gry na szczeblu centralnym?
Debiut w Ekstraklasie to bez wątpienia jeden z tych momentów w życiu, których nigdy się nie zapomina. Jako młody chłopak niemal codziennie marzysz o tym, żeby kiedyś wybiec na boisko i zagrać na najwyższym poziomie w Polsce. Kiedy to marzenie rzeczywiście się urzeczywistnia, towarzyszą temu ogromne, trudne do opisania emocje. Sam okres gry na szczeblu centralnym wspominam z dużym sentymentem. Wiadomo, bywały momenty lepsze i gorsze, ale przede wszystkim była to dla mnie szkoła życia i piłkarskiego rzemiosła. Jeśli miałbym wskazać jedno konkretne wspomnienie z tamtego czasu, to sam debiut w Ekstraklasie zawsze będzie bardzo wysoko w mojej hierarchii. To była ta magiczna chwila, w której mogłem spojrzeć wstecz na włożony wysiłek i powiedzieć sobie: „Udało się, wreszcie tutaj jestem”.
Nieco ponad dwa lata temu rozgrywałeś swój ostatni mecz na poziomie II ligi, potem była jeszcze Sparta Katowice. Czy już wtedy, schodząc na niższy szczebel, kiełkował w Tobie alternatywny plan na przygodę z piłką?
Kiedy moja przygoda z zawodową piłką zaczęła powoli dobiegać końca, początkowo nie miałem w głowie żadnego planu B. Chciałem po prostu nadal być na boisku, bo po tylu latach spędzonych z piłką, strasznie ciężko jest nagle się z nią rozstać. Miałem jednak świadomość, że pewien etap bezpowrotnie mija. W pewnym momencie człowiek zaczyna patrzeć na sport z nieco innej perspektywy. Z upływem czasu mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie wtedy rozpoczął się nowy, fantastyczny rozdział w moim życiu. Najpierw grałem w Sparcie Katowice, później trafiłem do Wilków Wilcza, a w międzyczasie w moim życiu coraz mocniej zaczęła zaznaczać swoją obecność piłka sześcioosobowa. Dzisiaj z pełnym przekonaniem widzę, że zejście ze szczebla centralnego nie było żadnym końcem – to była po prostu świetna zmiana kierunku.
Obecnie reprezentujesz wspomniane A-klasowe Wilki Wilcza. Bilans 20 bramek w 15 meczach robi wrażenie. Co skłoniło Cię do gry na tym poziomie? Przeszedłeś w końcu z zespołu trzecioligowego na siódmy szczebel rozgrywkowy.
Co więcej, mój bilans bramkowy cały czas rośnie, co daje mi mnóstwo satysfakcji! Obecnie buduję dom na Wilczej, gdzie zresztą mieszka cała moja rodzina. To właśnie z tym miejscem wiążę swoją przyszłość i tu chcę zostać na dłużej. Decyzja o grze dla Wilków Wilcza była bardzo świadoma. Poszedłem tam przede wszystkim po to, żeby utrzymać formę fizyczną, świetnie się bawić w gronie fantastycznych chłopaków i czerpać z tego czystą radość. Chcę po prostu być szczęśliwy. Stąd właśnie wziął się taki, a nie inny wybór.
Zaangażowałeś się mocno w projekt SOCCA. Skąd to zainteresowanie? Jakie nawyki z profesjonalnych, trawiastych boisk dają Ci przewagę na małym placu gry?
Piłka nożna sześcioosobowa sprawiała mi ogromną frajdę od najmłodszych lat. Czuję się w tej odmianie futbolu jak ryba w wodzie. Na tak małym boisku nie ma mowy o nudzie. Akcja przenosi się spod jednej bramki pod drugą w ułamku sekundy, jest mnóstwo strzałów, pojedynków dryblerskich i co najważniejsze, pada wiele bramek. Dla zawodnika o charakterystyce ofensywnej to absolutnie czysta przyjemność. Jeśli chodzi o kluczowe nawyki i predyspozycje do takiej gry, myślę, że fundamentem jest błyskawiczna szybkość podejmowania decyzji. Masz na to dosłownie ułamki sekund. Do tego dochodzi umiejętność płynnego operowania obiema nogami oraz perfekcyjne opanowanie aspektów technicznych.
W finale Mistrzostw Polski zostałeś prawdziwym bohaterem Dzikich Knurów, zdobywając kluczową bramkę. Biorąc pod uwagę całą Twoją drogę – co było dla Ciebie powodem do większej sportowej dumy i przyniosło większą euforię: debiut w Ekstraklasie, czy ten złoty gol w Twoim nowym, „sześcioosobowym” życiu?
To są dwa zupełnie różne momenty i trudno je bezpośrednio porównać. Debiut w Ekstraklasie był spełnieniem marzenia, które miałem jako młody chłopak. To był dowód na to, że lata treningów i wyrzeczeń doprowadziły mnie na najwyższy poziom w Polsce. Natomiast gol w finale Mistrzostw Polski z Dzikimi Knurami miał w sobie coś wyjątkowego. Tutaj nie chodziło tylko o mnie. Była drużyna, koledzy, cała historia tego projektu i świadomość, że gramy o mistrzostwo Polski. Kiedy zdobywasz taką bramkę w finale, emocje są ogromne. Jeżeli miałbym wybrać, który moment dał mi większą euforię – chyba właśnie ten gol. Debiut był spełnieniem marzenia, a złota bramka była przeżyciem, które dzieliłem z całą drużyną. I właśnie to jest w sporcie piękne.
Na koniec powiedz nam, jakie masz plany na przyszłość? Czy planujesz jeszcze powrót na wyższy szczebel w piłce jedenastoosobowej, czy też wzorem innych byłych profesjonalistów, zamierzasz w pełni skupić się na karierze w SOCCA?
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie planuję już nigdy wracać do gry na wyższym, profesjonalnym poziomie. Mój obecny cel to po prostu czerpanie maksymalnej radości z piłki. Skupiam się na dobrej zabawie, grze bez presji i świetnej atmosferze, którą tworzymy w drużynach Dzikich Knurów oraz Wilków Wilcza. To tutaj odnalazłem swoje sportowe szczęście.
Igor, Daniel, Grzegorz – bardzo dziękuję za rozmowę. Historia Dzikich Knurów to świetny dowód na to, że prawdziwa pasja potrafi zaprowadzić na sam szczyt – aż po Mistrzostwo Polski. Trzymam mocno kciuki za Wasz wyjazd do Rethymno! Powodzenia na Lidze Mistrzów SOCCA!
***
TUI Socca Champions League 2026 odbędzie się w dniach od 15 do 18 października w greckim mieście Rethymno na Krecie. Oprócz Dzikich Knurów, w turnieju zagrają jeszcze 23 polskie drużyny. Dla drużyny z Rudy Śląskiej będzie to drugi z rzędu turniej Ligi Mistrzów SOCCA, w którym wezmą udział.











