Rozgrywki Primera Division sezonu 2010/2011 zbliżają się ku końcowi. Wiemy, że w Lidze Mistrzów zagrają „Barca”, Real i Valencia, Villarreal natomiast powalczy w eliminacjach o awans. W Lidze Europejskiej zobaczymy Athletic, Atletico i Sevillę. Pozostaje właściwie tylko jedna niewiadoma – kto spadnie?

Z ligi spadły Almeria i Hercules – to też już pewne. Andaluzyjczyków trzeba jednak pochwalić za finisz, a przynajmniej za dwa ostatnie spotkania. W 36. kolejce podopieczni Roberto Olabe nie dali się pokonać Villarrealowi, a w ostatniej kolejce zachowali sportowego ducha i zwyciężyli wciąż walczącą o ligowy byt Mallorkę 3:1. Warto dodać, że już po 32 minutach prowadzili 3:0, a bramki strzelali piłkarze, którzy absolutnie z ligi spaść nie powinni i zapewne już w wakacje znajdą sobie nowy klub – Uche i Piatti. Herculesa też szkoda, ale jeśli w siedmiu ostatnich meczach wygrywa się raz i to tylko ze słabiutkim Deportivo, to nie można się dziwić, że zlatuje się z ligi z hukiem. Szkoda tylko, że przygoda klubu z Alicante z Primera Division potrwała tylko rok. Czy podobnie będzie w przypadku innego z beniaminków – Realu Sociedad?
Barcelona zagrała z Deportivo beznadziejny mecz. Z jednej strony to dobrze dla „Blaugrany”, że tytuł mistrzowski zdobyła teoretycznie już w listopadzie, a praktycznie w kwietniu, ale z drugiej strony kilku ostatnich meczów ligowych „Dumy Katalonii” zwyczajnie nie dało się oglądać. Apogeum był właśnie mecz z zespołem z Galicji, gdzie w pierwszym składzie wybiegło zaledwie dwóch graczy z podstawowej jedenastki. „Barca” B starała się grać jak „Barca” A, ale wyszło be. Gdyby i „Depor” nie było tak beznadziejne, zapewne wywiozłoby z Camp Nou trzy punkty. W sytuacji tych piłkarzy i punkt się przyda, zważywszy na to, że wciąż pozostają głównym kandydatem do zajęcia 18. miejsca. Wielu obserwatorów, a także niżej podpisany, spodziewało się, że wobec fatalnego kalendarza w końcówce sezonu Deportivo szybko dołączy do Herculesa i Almerii. Zwycięstwo z Athletikiem, remis z „Barcą”, a w ostatniej kolejce mecz z Valencią. Uda się, czy się nie uda?
Ronaldo się udało. A właściwie prawie się udało. Kiedy „CR7” obraził się na Jose Mourinho za to, że Real przegrał z „Barcą” w Lidze Mistrzów i wskutek tego powędrował na ławkę rezerwowych, wydawało się, że już do końca sezonu będzie wyglądał tak jak w meczach z „Blaugraną”: biegający z piłką bez sensu albo snujący się po boisku z miną wyrażającą irytację. Na szczęście dla siebie, dla kibiców Realu i dla wszystkich bezstronnych obserwatorów. Dlaczego? Bo pojawił się kolejny aspekt, którym mogliśmy się emocjonować (być może nieco sztucznie wylansowany przez madrycką prasę, ale to szczegół), mianowicie walka o koronę króla strzelców i tytuł Pichichi. Szybko okazało się, że forma Ronaldo w końcówce sezonu jest wyższa niż forma jego jedynego rywala do tego tytułu – Leo Messiego. Stało się jasne, że Ronaldo tytuł wywalczy, potem poprzeczka została podniesiona wyżej – czy uda się pobić rekord wszech czasów, ustanowiony pół wieku temu przez Telmo Zarrę, a wyrównany pod koniec lat 80. przez Hugo Sancheza? Jaki był efekt – odsyłam do dwóch początkowych zdań tego akapitu. Czemu się udało. Bo „Marca” tak twierdzi. Czemu prawie się udało? Bo wszyscy inni twierdzą, że do pobicia rekordu brakuje Ronaldo jednego gola. Jest się o co kłócić? Tylko przez chwilę, bo w ostatniej kolejce Real gra z Almerią i zapewne Portugalczyk jeszcze trochę sobie postrzela i jeszcze wyśrubuje rekord.












