Mistrzowie Hiszpanii w dość pragmatyczny sposób podeszli do pierwszego ćwierćfinałowego starcia przeciwko Manchesterowi United. Plan ten przyniósł pożądany efekt i Barcelona zapewniła sobie jednobramkową zaliczkę, co jednak nie stawiało jej w aż tak komfortowej sytuacji. Ostatnie klęski na etapie 1/4 finału wciąż stanowiły żywą pamięć. Po końcowym gwizdku rewanżowego starcia piłkarze „Blaugrany” mogli odetchnąć jednak z ulgą.
W zasadzie nastąpiło to już po pierwszej połowie meczu, po której Barcelona prowadziła już dwoma bramkami. Leo Messi okazał się bezlitosny dla zawodników gości i między 14 a 20 minutą dwukrotnie pokonał Davida de Geę. Hiszpański golkiper Manchesteru United w znacznym stopniu przyczynił się do takiego stanu rzeczy. Jego interwencja przy drugim golu należała do gatunku piłkarskiego kryminału. Na pewnym poziomie tego typu błędu nie przystoją. Zwłaszcza w przypadku tak klasowego bramkarza.
Lekko, łatwo i przyjemnie
Po zmianie stron przedstawiciel La Liga kolejnym golem ostatecznie przypieczętował awans. Jego autor jest dość zaskakujący, gdyż dokonał tego tak bardzo krytykowany od dłuższego czasu Philippe Coutinho. Gospodarze na Camp Nou nie pozwolili swojemu przeciwnikowi na nic. Fakt ten może nieco zaskakiwać. Manchester United w pierwszym pojedynku wcale nie wyglądał na zespół, który tak łatwo zrezygnuje z walki o awans. Stało się inaczej i w delegacji nie zasłużyli na nic.
To wręcz niewiarygodne, że taki zespół jak Barcelona czekał długie cztery lata na sforsowanie bram półfinału najważniejszych klubowych rozgrywek na Starym Kontynencie. Istny skandal dla tak wielkiej drużny. Leo Messi i spółka tym razem nie pokpili sprawy jak przed rokiem i wzięli wszystko, co było do zgarnięcia w dwumeczu z Anglikami. Aż tak bezproblemowej przeprawy w rewanżu nikt się nie spodziewał. Po ostatnich „wyczynach” Katalończyków w tej fazie Ligi Mistrzów, każdy kto podszedłby do sprawy inaczej, zostałby uznany za kompletnego ignoranta.
Ku uciesze całego barcelońskiego środowiska, złe demony odeszły w niepamięć. Przed ekipą Ernesta Valverde tylko i aż dwa kroki do wielkiego finału, w którym ostatni raz oczywiście znaleźli się w 2015 roku. Postawić je będzie niezwykle trudno, gdyż wszystkie znaki na niebie wskazują, iż będziemy mieli do czynienia z kolejną hiszpańsko-angielską, piłkarską wojną. A Liverpoolu Kloppa napisano już wiele i nikomu nie trzeba przypominać, jak wielki to w tej chwili rywal. Z całą pewnością rzuci znacznie większe wyzwanie, aniżeli zespół z Manchesteru.










