Trzy kolejki ekstraklasy za nami. Paradoks tej ligi polega na tym, że dla wielu prezesów to już wystarczający okres, by dokonać pierwszych podsumowań pracy szkoleniowców. Dlatego nie dziwmy się, że już mowa o zwolnieniu Urbana, zaraz pewnie dojdzie do podobnych głosów w Szczecinie, bo przecież kibice też nie wytrzymują ciśnienia, dołączając się do tego chorego klimatu. Dopóki wszystkie środowiska raz na zawsze zerwą z dotychczasowymi praktykami, dopóty szkoleniowcy w Polsce nie będą otrzymywać tego „czasu” na budowę zespołu. I nie chodzi tu już tylko o samych prezesów, lecz również nas, dziennikarzy, kibiców, fanów.
Niestety, dotychczasowe trzy serie spotkań dostarczają również innego materiału do przemyśleń, po których wniosek jest jeden. Piłkarze w tym sezonie nie oszczędzają zdrowia przeciwników. Niestety, ale fakty są takie, że w każdej kolejce do tej pory byliśmy świadkami minimum jednego bandyckiego, głupiego ekscesu. Scyzoryki, zbrodniarze, idioci, rzeźnicy, większości z nich do tej pory sędziowie jakoś dawali radę. Aż do tego weekendu. Najpierw za kryminał Tetteh zobaczył żółtą kartkę. Jednak to, co stało się wczoraj w Lublinie, wołało już o pomstę do nieba. Słusznie oburzał się Jacek Zieliński na arbitra spotkania, który w ogóle nie ukarał Tymińskiego za brutalny faul. Krew jednak zalewa, gdy sam zawodnik Górnika Łęczna po (na szczęście) niedoszłym zakończeniu Dąbrowskiemu kariery biegnie do arbitra… z pretensjami.
Sam faul zasługuje na dyskwalifikację, ale dodatkowa głupota zawodnika powinna ją jeszcze podwoić.
***
Jeśli ktoś sądził, że po zacnym zwycięstwie Arki na Wisłą gdynianie wyrżną się już na pierwszej przeszkodzie, udowadniając, że gdzie jak gdzie, ale akurat nic dwa razy w ekstraklasie się nie zdarza, to…
– Skończyłeś już? – dumnie przerwał Mateusz Szwoch. – Ostatni raz chyba takie pachołki mijałem i ogrywałem na boisku w klasie piątej.
– Ale kolegów to ty szanuj – odezwali się dawni kumple.
W istocie, trudno inaczej nazwać po raz kolejny całą defensywę Ruchu, w zasadzie od drugiej linii w dół. Hanzel znowu w środku nie istniał, a Koj z Cichockim rywalizowali o miano bardziej zagubionego. Tym razem ten pierwszy dał trochę fory drugiemu.
– Sześć goli u siebie, zero straconych bramek – zwracał uwagę trener Niciński.
No tak. Trudno się czegoś innego spodziewać, gdy taki trener Fornalik przeciwnika chciał ukąsić…
– Ćwielongiem i Przybeckim – podkreślił nasz był selekcjoner.
I nie do końca wiadomo, na ile sobie żartował, a na ile z pełną powagą podchodził do tego planu jak bohater tego skeczu (od 4:52)
https://www.youtube.com/watch?v=TN21HGdO9vE
***
W Poznaniu zanim odpalono pierwszą artylerię i ruszono z bronią, by burząc poznańską Bastylię, rozpętać rewolucję, szybko zdano sobie sprawę, że armii brakuje ognia, zamiast nabojów są kapiszony, celowniki rozregulowane, pancerze zardzewiałe lub nieszczelne, a i dowódca jakiś taki niemrawy. I zamiast na wielkiej zmianie, ostatecznie skończyło się na… no, resztę sobie dopowie niech każdy z nas.











