Jeden rajd ze środka boiska, minięcie obrońcy i precyzyjny strzał pod słupek. 11 sierpnia 2026 roku w australijskim Perth Arkadiusz Milik przypomniał, kim bywał, zanim kolana i mięśnie stały się jego największym przekleństwem. Gol na 2:0 z Palermo nie wliczy się do oficjalnego bilansu. Mimo to dla 32-latka i dla części kibiców Juventusu to był sygnał, na który czekali od maja 2024. Pytanie brzmi jednak nieco inaczej niż kilka miesięcy temu. Wszyscy zastanawiają się nie „czy w ogóle wróci?”, tylko „czy zdąży zbudować formę, zanim klub znów straci cierpliwość?”.
Koszmar, który nie skończył się na jednej operacji
Warto przypomnieć, skąd bierze się ten zachwyt nad golem w meczu sparingowym, i to jeszcze tylko z Palermo. Ostatnia ligowa bramka Milika dla Juventusu padła 20 maja 2024 roku, w zremisowanym 3:3 meczu z Bologną, po mocnym uderzeniu z rzutu wolnego. Kilka dni później, w sparingu Polska – Ukraina piłkarz zerwał łąkotkę i wypadł z Euro 2024. To był początek lawiny. Kolejne operacje, urazy mięśniowe, problemy z kolanem, prawie dwa lata bez realnej gry i wiele tygodni przerwy.
Sezon 2024/2025 Polak w Serie A spędził na trybunach. Wiosna 2026 dała złudzenie przełomu. Wejścia z Sassuolo i Genoą, łącznie około 34 minut w dwóch ostatnich sezonach ligowych. Potem znów uraz mięśniowy i koniec rozgrywek. W Turynie mówiono o rozwiązaniu kontraktu, liście do odejścia, rozmowach bez konkretnych ofert. Kontrakt ważny do czerwca 2027 zostawił go w klubie nie dlatego, że Juventus nagle się w nim zakochał, tylko dlatego, że nikt nie chciał kupować napastnika zbudowanego, jak pisali włoscy kibice, ze „szkła”.














