Ten wynik na pewno przejdzie do historii polskiej piłki klubowej. Teraz spróbuję odpowiedzieć na tytułowe pytanie, czyli jak to możliwe? Jak to się stało, że mistrz Polski tak wysoko pokonał mistrza Szkocji?
W zasadzie trudno było na to pytanie odpowiedzieć zaraz po meczu. Emocje i radość ze zwycięstwa polskiej drużyny w eliminacjach do Ligi Mistrzów, na dodatek z tak renomowanym rywalem, były nieziemskie. Większości więc umknęło analizowanie gry „Legionistów” chłodnym okiem, aby dostrzec to, co sprawiło, iż Celtic strzelił tylko raz, zaś podopieczni Berga czterokrotnie.
Złe dobrego początki
Skład, który Henning Berg posłał do boju od pierwszej minuty, niczym nie odbiegał od normy w tym zakresie, w którym zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Nawet gra bez typowego snajpera z przodu jest już normalką dla warszawskiego klubu. Trudno zaś było ocenić, czy skład Celticu jest typowy czy nie, gdyż ten zespół od czerwca ma nowego trenera w osobie Ronniego Deili. Na pewno nie pomogło mu to, że musiał wystawić nominalnego prawego defensora – Adama Matthewsa, na lewej stronie. Zabrakło zaś najlepszego w tym momencie zawodnika szkockiej drużyny, czyli Scotta Browna, ze względu na kontuzję. Z nim na boisku Legii na pewno byłoby trudniej.
Pierwsze minuty nie były wybitne dla żadnej ze stron, ale to Celtic je lepiej wykorzystał, zdobywając bramkę. Dlaczego ona padła? Po pierwsze, pojedynek z McGregorem przegrał Tomasz Brzyski. Po drugie, w rejonie boiska, do którego zszedł ze skrzydła McGregor, wyraźnie brakowało jednego z defensywnych pomocników Legii, który powinien tam stać i asekurować ten sektor. Po trzecie, za późno zagrożenie zauważył Astiz i nie zdążył skutecznie zablokować strzału, który dał Szkotom prowadzenie.
Legia chwilę później wyrównała, ale z czysto piłkarskiego punktu widzenia nie można powiedzieć, że przez to grała dobrze. Pierwsze pół godziny meczu przebiegało piłkarzom mistrza Polski z koniecznością zmierzenia się z pressingiem Celticu. Legia, grając krótką piłką na własnej połowie, miała zazwyczaj do czynienia z sześcioma piłkarzami gości, którzy nieustępliwie i agresywnie naciskali. A przez brak klasycznego rozgrywającego trudno było się warszawiakom z tym uporać. Ani Jodłowiec, ani Vrdoljak nie są piłkarzami, którzy umieją sobie poradzić z pressingiem przeciwnika. Szybko się gubią. Ale i tak są lepsi piłkarsko od bardziej zrównoważonego Helio Pinto. Brakuje więc Legii zawodnika w środku pola, który regulowałby tempo gry, umiałby posłać długą piłkę, jak i krótko rozegrać akcję. Jak więc „Legioniści” reagowali na pressing? Źle. Nacisk „Celtów” spowodował, że Legia straciła na pewności siebie, dłużej wchodziła w mecz, momentami brakowało spokoju, dokładności i wyrachowania.
Przesilenie
Po bramce na 2:1 Celtic nie był już tak pewny siebie. Piłkarze tego klubu zwyczajnie zdali sobie sprawę z tego, że mogą to spotkanie przegrać. Ale dalej naciskali. Czym to się skończyło? Czerwoną kartką dla Efe Ambrosa. Dlaczego? Dlatego, że uważnie śledząc, jak drużyna Deili zakłada pressing, od początku meczu można było zauważyć błędy popełniane w wykonywaniu tego schematu taktycznego. Błędy się pojawiały, ponieważ nowy trener dopiero uczy swoich podopiecznych takiej gry i piłkarze nie pojęli jej jeszcze w stu procentach. Mimo to Legia nie najlepiej sobie z tym radziła, ale dwa razy wykorzystała błędy „The Bhoys” i to było kluczowe dla przebiegu spotkania.










