Wisła Płock na ligowym rozdrożu – dobry początek, nie najlepszy koniec


Ekipa Radosława Sobolewskiego nie wygrała jeszcze żadnego meczu po wymuszonej, spowodowanej pandemią, przerwie. Czy Wisła Płock zdoła się jeszcze przełamać?

23 czerwca 2020 Wisła Płock na ligowym rozdrożu – dobry początek, nie najlepszy koniec
Michał Łada / Wisła Płock S.A.

Będąca obecnie na dwunastym miejscu w tabeli, drużyna z Mazowsza w tym sezonie zaliczyła wiele nietuzinkowych zawirowań. Po wyjątkowo udanym początku z biegiem czasu prezentowała się coraz gorzej, co zaowocowało spadkiem aż o jedenaście miejsc w stawce. Mająca wielu doświadczonych graczy Wisła Płock z meczu na mecz grała coraz gorzej, a ostatnie występy są tego dobitnym przykładem.


Udostępnij na Udostępnij na

Warto jednocześnie wspomnieć, że w szczytowym momencie sezonu podopieczni byłego doświadczonego kadrowicza zajmowali nawet pierwsze miejsce, czyli fotel lidera tabeli. Drużyna ta jednak, mimo szerokiej kadry i rekordowej jak na ligowe warunki małej liczby obcokrajowców znacząco, obniżyła loty. Stała się przez to jednym z najsłabszych zespołów ekstraklasy. Na niewiele zdały się niedawne zimowe transfery, z których pozytywnych efektów jest jak na lekarstwo, nie mówiąc już o kosztach. Choć zespołowi nie brakuje ligowego doświadczenia czy boiskowego ogrania, to przez słabą grę nie udało się zrealizować planu, jaki już od lat stawiany jest przed każdym kolejnym szkoleniowcem. To już drugi raz z rzędu, kiedy obecność Wisły Płock w górnej ósemce jest jedynie ambitnym, niepraktycznym celem.

Skarb Kibica: Wisła Płock – dryfując ku pucharom

Falowanie i spadanie – jesienne perypetie Wisły Płock

Można wierzyć lub nie, ale walcząca jeszcze nie tak dawno o utrzymanie Wisła Płock już od początku sezonu dawała o sobie znać jako jeden z pretendentów do tytułu. Drużyna, którą jeszcze nie tak dawno prowadził mający ogromne trenerskie doświadczenie Leszek Ojrzyński, postrzegana była raczej jako jeden z kandydatów do spadku. Były trener kilku ekstraklasowych klubów takich, jak: Arka Gdynia, Korona Kielce czy Górnik Zabrze, po bardzo słabym nie w pełni przepracowanym poprzednim sezonie, pozostał na stanowisku aż do ubiegłego lata. Wtedy to z powodów rodzinnych (poważnej choroby żony) musiał ostatecznie zrezygnować z trenerskich obowiązków i przekazać swoją posadę następcy. Został nim znany na polskiej scenie futbolu wieloletni gracz Wisły Kraków, a także były piłkarz Górnika Zabrze, Radosław Sobolewski.

Pracą w Płocku rozpoczął swoją trenerską karierę w ekstraklasie, która była jednocześnie jego premierowym samodzielnym zajęciem na tym stanowisku. Wcześniej było mu dane pełnić funkcję asystenta w drużynie „Białej Gwiazdy”, w której to na różnych stanowiskach spędził większość swojego sportowego życia. Jego początki należały do niezwykle udanych, o czym świadczy wywalczona jesienią ubiegłego roku seria sześciu kolejnych zwycięstw z rzędu. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu kadrowego bogactwa Wisły w krótkim czasie znacznie ustabilizował jej formę, co zaowocowało awansem do ligowej czołówki. „Nafciarze” w tamtym okresie bez szwanku byli w stanie ograć u siebie ówczesnego wicemistrza Polski, Legię Warszawa (1:0), czy też poradzić sobie z rozpędzoną wtedy Pogonią Szczecin na jej terenie (2:1). Pełną pulę zanotowali również w spotkaniu z posiadającą niegdyś mistrzowskie aspiracje, borykającą się z wieloma kłopotami Wisłą Kraków (2:1).

Niestety, efekt nowej miotły działał tylko przez sześć spotkań i, bez skrupułów, został obalony przez liczący się w walce o podium Śląsk Wrocław (1:3). Po tamtym spotkaniu nastąpił gwałtowny regres formy, a podopieczni Sobolewskiego coraz bardziej zaczęli przypominać ekipę z wiosny ubiegłego roku. Po wygraniu sześciu kolejnych spotkań nastąpiło tyle samo wpadek (dwa remisy, cztery porażki), poniesionych w dodatku po kiepskiej i nieskutecznej grze. Niedawny lider zanotował wówczas marsz w dół tabeli, który wywindował go poniżej oczekiwanej przez włodarzy klubu, pierwszej ligowej ósemki.

Solidne jednostki, słaby kolektyw – problemów Wisły ciąg dalszy

Nie od dziś wiadomo, że trzon płockiej drużyny już od lat składa się z kilku doświadczonych graczy. Dotyczy to zarówno poddawanej ciągłym rotacjom, płytkiej jakościowo linii defensywnej, jak i mało produktywnej zespołowo formacji ofensywnej. Podczas jesiennych rozgrywek można było wymienić zaledwie kilku graczy, którzy stanowiąc o sile, dawali płocczanom jakiekolwiek powody do radości. Jednym z nich był grający pierwsze skrzypce pomocnik Dominik Furman, który dzięki okazałej grze zdobył przepustkę do reprezentacji. Potrafił on w trudnych chwilach pociągnąć do walki znacznie oporniejszych kolegów, posyłając szereg dokładnych podań z gry bądź stałego fragmentu.

Nienaganną postawę można także zapisać Jakubowi Rzeźniczakowi, mimo swojego wieku dosyć przyzwoicie wywiązywał się z defensywnych obowiązków. Oprócz wspomnianych byłych graczy warszawskiej Legii dobre mecze notowali klasowy gruziński skrzydłowy, Giorgi Merebashvili, oraz solidny niemiecki bramkarz, Thomas Dahne. Patrząc jednak na to, jaki był punkt odniesienia do postawy całego teamu, efekt wyglądał niczym woda na stary, nieruchliwy młyn. Poza przebłyskami jednostek gra podopiecznych Sobolewskiego przez długi czas wyraźnie się nie kleiła, co poskutkowało sporą liczbą straconych bramek. Wisła Płock to druga najgorzej broniąca drużyna całej PKO BP Ekstraklasa – w całych dotychczasowych rozgrywkach straciła aż 50 goli.

Jakby tego było mało, jej formacja ataku to jedno z najsłabszych ogniw ligi – w klubie brakuje wyraźnego lidera wśród napastników. Bramkami nie grzeszył Oskar Zawada, nie robi tego także Karol Angielski czy też Cillian Sheridan. Mianem najlepszego egzekutora określa się paradoksalnie środkowego pomocnika, Dominika Furmana, który w bieżącej kampanii zanotował siedem trafień. Po cztery gole skompletowali jak na razie Merebashvili oraz mający wszechstronne defensywne usposobienie stoper Damian Michalski. Nie sposób tutaj nie wspomnieć, że zdecydowana większość bramek padała zwykle nie po akcjach, ale w wyniku stałych fragmentach gry.

Rafał Rusek / PressFocus

Miała być odwilż, wypadło status quo – wiosenna dyspozycja „Nafciarzy”

Będąca na znacznym ligowym rozdrożu Wisła Płock do wiosennej edycji ekstraklasy przystępowała z niezłej dziewiątej lokaty w tabeli. Wtedy to przystąpiono do uzdrowienia pragmatycznej i nierentownej ofensywy, sprowadzając do klubu dwóch zagranicznych napastników. Jak się wkrótce okazało, nie byli to gracze pokroju dawnej klubowej gwiazdy, Gwinejczyka Jose Kante, ale jedynie słabi boiskowi statyści. Gjertsen i Sheridan poza epizodami nie odznaczyli się niczym, co mogłoby napawać optymizmem na kolejne trudne dla Wisły miesiące. Plan naprawy drużyny pod względem gry w ataku spalił więc na panewce.

Nietrafiony okazał się również Rafał Wolski, który już po przyjściu nabawił się niepierwszej w karierze poważnej kontuzji. Na grę w „Nafciarzach” przestali również liczyć odstawieni przez brak postępów Jakub Wrąbel i Oskar Zawada. Z powodu korzystnej oferty z Emiratów Arabskich Wisłę opuścił także doświadczony, mający jesienią spore wahania formy, Brazylijczyk Ricardinho. Taki stan rzeczy spowodował, że niedawnego kryzysu mimo usilnych starań nie udało się w Płocku zażegnać. Z biegiem kolejek upragniona pierwsza połowa tabeli zaczęła się oddalać, co ostatecznie zostało udokumentowane tuż przed końcem zasadniczej fazy sezonu.

Pierwsze mecze po zimowej przerwie kończyły się przeważnie stratami punktów, najczęściej były to ratowane nie bez trudu remisy. Kilkukrotnie Wisła Płock na skutek własnych błędów musiała gonić wynik, co czyniła zwykle w drugich połowach meczów. Jej tragiczna defensywa była niczym tykająca bomba, co sprawiało kłopoty m.in. z Wisłą Kraków (2:2), Zagłębiem Lubin (1:1) czy Pogonią Szczecin (2:3). Takimi meczami, jak również trzema porażkami po przymusowej pauzie, „Nafciarze” zaprzepaścili szansę na przedwczesny spokój i muszą grać w grupie spadkowej. Płocki zespół drugi rok z rzędu udowodnił, że jedyne, o co może się skutecznie bić, to ligowe utrzymanie.

Płocka gra o honor – ostatnie ligowe kolejki

Co by nie powiedzieć o drużynie Radosława Sobolewskiego, mogłoby zawierać tylko część prawdy do tego, jak faktycznie było. Jego zespół, choć dzięki swojemu dobremu jesiennemu okresowi nazywano go czarnym koniem, ostatecznie nim nie został. Mimo że przez znaczną część sezonu był wśród najlepszych ośmiu ekip w kraju, w konsekwencji fatalnej wiosny musiał to grono opuścić. Dominik Furman, choć z natury pracowity pomocnik, przez pryzmat bramek mógłby stać się pełnoprawnym płockim napastnikiem. Każdego z nich w tym aspekcie wyprzedził i z całą pewnością jest w stanie swoją przewagę umocnić.

Jaka będzie ostatnia część sezonu dla Wisły Płock? Znając realia naszej ligi, naprawdę trudno to przewidzieć. Fakt, że jeśli płocczanie nie znajdą szybko patentu na wygrywanie, to za chwilę mogą wpakować się w jeszcze większe kłopoty. Co prawda od spadku dzieli ich aż dziewięć punktów, ale przy zwyżce formy Arki lub Korony mogą mieć jeszcze problemy. Zostało sześć ligowych kolejek, a nasza ekstraklasa od lat pokazuje, że potrafi zaskakiwać nawet największych pewniaków. Patrząc jednak obiektywnie, Wisła Płock powinna szybko zyskać przepustkę na przyszłą edycję ekstraklasy, gwarantując ją już w trzech najbliższych spotkaniach.

Nie sposób tutaj nie dodać, że drużyna z Mazowsza nie zwykła uczyć się na swoich niedawnych błędach. Nie poprawiła kiepskiej defensywy ani też nie pokazała znanej z ubiegłej jesieni solidnej ofensywnej konsekwencji. Zaprzestała natomiast rozpaczliwego ratowania wyniku w drugich odsłonach spotkań, za to nauczyła się ochoczo otwierać wynik już w pierwszych połowach. W meczach przeciwko Cracovii (1:2), Jagiellonii (2:2) i Śląskowi (1:2) strzelała pierwszego gola, a dopiero później prosiła się o kłopoty. Taki obrót spraw klasyfikuje ją (wraz z ŁKS-em) wśród zespołów, które nie wygrały jeszcze spotkania po przerwanym pandemią wznowieniu ligi.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze