Lechia Gdańsk ostatnim spadkowiczem z PKO BP Ekstraklasy


W ostatnim spotkaniu sezonu Lechia przegrała w Niecieczy i pożegnała się z ekstraklasą

24 maja 2026 Lechia Gdańsk ostatnim spadkowiczem z PKO BP Ekstraklasy
Foto Marta Badowska / PressFocus

Sobotnią Multiligą zakończył się sezon 2025/26 w PKO BP Ekstraklasie. Jako ostatnia z ligi zleciała Lechia Gdańsk, która nie potrafiła pokonać na wyjeździe z Bruk-Betem Termaliką. Drużyna z Niecieczy mimo tego, że była już pewna spadku - w ciągu tygodnia pociągnęła za sobą do Betclic 1 Ligi obie drużyny z Trójmiasta. Najpierw pokonali Arkę Gdynia, a następnie zespół Johna Carvera. Lechii do utrzymania było potrzebne zwycięstwo, ale mentalnie drużyna była na dnie i wielkiej walki o byt w lidze nie ujrzeliśmy.


Udostępnij na Udostępnij na

Zawód

Kibice najlepszej ligi świata nastawiali się na wielkie emocje w sobotniej Multilidze. Sprawą otwartą były miejsca 2-4, dodatkowo nie było pewności kto jako piąty będzie nas reprezentował w pucharach. Dużo miało też dziać się w dole tabeli, gdzie o utrzymanie mogły drżeć aż cztery zespoły. W tej strefie wszystkie emocje dosyć szybko zakończyła Lechia Gdańsk. Zespół z północy potrzebował zwycięstwa w Niecieczy by zapewnić sobie utrzymanie w PKO BP Ekstraklasie. Nie było tego jednak widać na boisku, gdyż to gospodarze dosyć szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie.

Była to dosyć komiczna pierwsza połowa, chociaż oczywiście niezbyt przyjemna dla sympatyków Lechii. Ich drużyna oddała tylko jeden celny strzał, a miało to miejsce tuż przed przerwą. Nie dawało to żadnych perspektyw przed drugą połową, skoro w taki sposób piłkarze „walczyli” o to, by pokonać spadkowicza z Niecieczy. Emocje pojawiły się zaledwie na moment, gdy w 50. minucie swojego dziewiętnastego gola w sezonie strzelił Tomas Bobcek. Wtedy czasu było dużo i jakaś wiara mogła się tlić, że wynik tego spotkania da się odwrócić. Po kilku minutach Bruk-Bet zdołał jednak ponownie zaskoczyć beznadziejną defensywę rywala i podwyższył na 3:1. To już praktycznie zamknęło mecz.

Historyczny wyczyn

Lechia Gdańsk po trzecim golu była na deskach i trudno było się spodziewać, że nagle tam coś się odmieni. W późniejszej fazie spotkania był jeszcze rzut karny, którego nie wykorzystał Tomas Bobcek. Słowak zdołał w doliczonym czasie zmniejszyć rozmiary porażki, strzelając na 2:3. Takim oto sposobem król strzelców PKO BP Ekstraklasy spada z ligi. Nigdy w Polsce nie doszło do takiej sytuacji, więc mamy do czynienia z historycznym wyczynem. W Europie takie przypadki miały miejsce, a najświeższym jest Georgios Giakoumakis, który spadł z Eredivisie w 2021 roku w barwach VVV Venlo. Były napastnik Górnika Zabrze strzelił wtedy 26 goli i zdeklasował rywali w tej klasyfikacji.

W świat poszła jeszcze inna statystyka. Lechia Gdańsk w całym sezonie strzeliła 62 gole, co było najlepszym wynikiem w lidze. Tyle samo na koncie miał Lech Poznań, czyli świeżo upieczony mistrz Polski. Wiele osób jest wręcz w szoku, że mając taką ofensywę można spaść z ligi. Jak najbardziej można, skoro przy okazji ma się najgorszą defensywę w lidze. „Biało-zieloni” stracili aż 65 goli i w tej statystyce byli najgorsi w PKO BP Ekstraklasie – wraz z Bruk-Betem. W ostatniej kolejce udało się dorównać innemu spadkowiczowi w tej statystyce. Kapitalna dysproporcja, a i tak przecież niewiele brakowało by się utrzymać. Znaczy… w teorii niewiele, ale o tym więcej poniżej.

Dramat w ostatnich tygodniach

Wszystko zaczęło się psuć od meczu z Wisłą Płock, który był rozgrywany 10 kwietnia. Lechia Gdańsk zajmowała wtedy dziesiąte miejsce z 37 punktami na koncie. Przewaga nad strefą spadkową wynosiła cztery punkty. Oczywiście trzeba było wtedy patrzeć za siebie, ale między Lechią, a strefą spadkową było jeszcze kilka drużyn. To też nie powodowało paniki, aczkolwiek krok po kroku coś zaczęło się psuć. Porażka w Płocku była bardzo przygnębiająca, po biciu głową w mur. Kolejny raz okazało się, że rywal broniący głęboko może skutecznie przystopować ofensywę Lechii. Owszem, można wracać do tego, że powinien być tam rzut karny, była też setka w końcówce na remis Neugebauera. Punkt w tamtym był mimo wszystko do ugrania. Ugrany jednak nie został.

To był początek dramatu, który rozwijał się z meczu na mecz. Następnie przyszła niewykorzystana gra w przewadze przez 70 minut z Piastem i zaledwie remis 1:1. Można przyczepić się do dyskusyjnego karnego dla rywala, ale marne to usprawiedliwienie. Promyczek nadziei dał następny mecz z Rakowem, gdzie w drugiej połowie Lechia spisywała się bardzo dobrze. Nie potrafiła jednak tego wykorzystać i Raków w końcówce dopiął swego, zgarniając trzy punkty. Sporo było narzekania na murawę w tych dwóch starciach i można w tym przyznać rację, ale czy to może w pełni usprawiedliwiać oba spotkania? Nie do końca.

Co stało się później, wszyscy doskonale wiemy. Blamaż w Radomiu (ponownie grając w przewadze), blamaż w Łodzi i ponownie strata remisu w końcówce z Legią u siebie. Znów świetna druga połowa, która przyniosła gola i… to na tyle. „Wojskowi” w doliczonym czasie wyrwali trzy punkty, po kolejnym już błędzie Alexa Paulsena.

Kogo winić za ten spadek?

Wszyscy w klubie są odpowiedzialni za spadek z PKO BP Ekstraklasy, ale zdecydowanie największą winę ponosi Paolo Urfer. Przez niego Lechia rozpoczęła sezon z ujemnymi punktami, bo w końcu doigrał się przez swoje kombinowanie i przede wszystkim problemy finansowe. Dołożyć do tego trzeba oczywiście cały zarząd klubu, w skład którego wchodzą Kevin Blackwell i Jakub Chodorowski. Budowanie drużyny na ten sezon w ich wykonaniu było fatalne, przez co nie udało się stworzyć szerokiej kadry.

Dosyć późno do Lechii dołączył doświadczony Matej Rodin, a ktoś taki był niezbędny w defensywie. Widząc różne problemy ze zmiennikami, zimą również nic nie zrobiono w tym kierunku. Pozyskanie młodych Bambeckiego i Mavraja nic do zespołu nie wniosło. Nie sprowadzono nikogo bardziej doświadczonego i nie dano tym samym wielkiego pola manewru trenerowi Carverowi.

Problemy były przez cały sezon, ale momentami udało się je pudrować fajnymi wynikami. Już po ostatnim meczu w sezonie zaczęły wychodzić przecieki, że w szatni od wielu tygodni była fatalna atmosfera. Jak donosi Tomasz Galiński ze Sportowych Faktów, wielu zawodników nie widzi swojej przyszłości w Lechii, dopóki będzie tam rządził Paolo Urfer.


Dosyć konkretnie do wszystkiego podszedł także John Carver, który już przyznał, że nie będzie dalej w Lechii pracował. W rozmowie pomeczowej na Canal+ dodał także, że migiem opuszcza Polskę i wylatuje do Anglii.
Nie zostanę w Lechii. Jutro wracam do domu, do Anglii. Jestem bardzo rozczarowany, sfrustrowany i wściekły.

Taka reakcja byłego już trenera rozwścieczyła kibiców, bo można było to zrobić w ludzki sposób. Pokazuje to jednak jaka „kosa” musiała być w klubie, skoro Carver chce jak najszybciej uciekać z Polski. Już przy przedłużeniu kontraktu po utrzymaniu rok temu trzeba było go przekonywać do pozostania, bo Anglik miał wiele wątpliwości co do działania klubu.

***

Można w tym momencie przejść do samego Johna Carvera. Jemu również należy przypisać trochę winy za ten spadek z PKO BP Ekstraklasy. Nawet jeżeli nie miał szerokiej ławki i była sytuacja z odjętymi punktami, Anglik nie zawsze dobrze reagował na to co się działo. Szczególnie na jego barki spada sytuacja w bramce. Twardo stawiał na Alexa Paulsena, którego traktował jako niekwestionowany numer jeden. Zawsze zasłaniał się tym, że obserwuje bramkarzy i wybiera najlepszą opcję. Być może tak to wyglądało na treningach, ale gdy Paulsen zaczął robić błąd za błędem, reakcji nie było żadnej. Znaczy była, na ostatni mecz w sezonie, gdy Nowozelandczyk nawet nie poleciał z drużyną na mecz. Wyglądało to na reakcję pod naporem dziennikarzy i kibiców, by coś tym udowodnić. Słabe i zrobione zbyt późno.

Carver dodatkowo od dawna nie miał po drodze z Bohdanem Wjunnykiem, który dawał trochę uniwersalności w ofensywie. Ukrainiec od listopada był w coraz gorszej sytuacji i albo nie grał, albo dostawał najczęściej ogony. Doszło nawet do sytuacji, gdy trener sam zapytał dziennikarza kogo by wpuścił na skrzydło za Cirkovicia. Tak się składa, że Wjunnyk nie raz u Carvera występował na lewym skrzydle. Dosyć komiczna sytuacja, pokazująca idealnie jak mocno chciał się trzymać żelaznego składu.

Jeszcze gorsza sytuacja była z Antonem Carenko. Kolejny z ukraińskich piłkarzy, mający nie byle jakie umiejętności został przekonany do pozostania w Lechii na kolejny rok i następnie… schowany do szafy. Jesienią co prawda leczył przez moment uraz, ale gdy wrócił otrzymał kilka minut w listopadzie z Bruk-Betem, a potem dopiero w marcu z GKS-em Katowice. Mając tak krótką kołdrę i nie korzystać z gracza, który potrafi przyspieszyć grę i zagra z przodu na kilku pozycjach? Bardzo dziwna decyzja.

Na początku rundy wiosennej było zrozumieć tłumaczenie, że Carenko nie gra, bo zmrożona murawa nie sprzyja takiemu typowi piłkarza. Gdy jednak stan muraw uległ poprawie, nie uległa poprawa sytuacja 21-latka. W końcówce sezonu Carver musiał dać mu więcej minut, bo kadra stawała się coraz szczuplejsza, ale szału już nie było. Mało ograni zawodnicy rzadko potrafią wnieść nagle coś wielkiego do drużyny, która jako całość ma wielkie problemy.

Można tu jeszcze dorzucić mało minut dla Głogowskiego, czy stawianie na siłę na Diaczuka kosztem coraz lepiej rokującego Pllany. Widać tu zatem, że o ile kadra była wąska, o tyle można było sobie chociaż minimalnie pomóc poszczególnymi decyzjami. Do utrzymania nie zabrakło wiele i nawet te minusowe punkty mogły wielkie krzywdy finalnie nie zrobić. Głównym winnym jest właściciel, ale trener Carver też swoje na pewno dołożył.

Piłkarze również dołożyli swoje

Wspominamy o właścicielu, wspominamy także o trenerze i jego decyzjach. Na końcu jednak w piłkę grają piłkarze, którzy łagodnie pisząc nie popisali się w tym ostatnim okresie sezonu. Być może było nieciekawie w szatni, były jakieś tarcia z trenerem, prezesem Paolo Urferem, ale czy to też może ich usprawiedliwiać? Już nie wspominając o pojawiających się kwestiach imprezowania. Drużyna po prostu nie dowiozła w najważniejszym momencie sezonu, a w ostatnim meczu w Niecieczy nie zechciała już powalczyć o utrzymanie. To była parodia piłki nożnej do przerwy i Bruk-Bet całkowicie zasłużenie sobie ten mecz ustawił na swoich zasadach.

Nic nie może usprawiedliwiać takiego zaprzepaszczenia szans na utrzymanie, mając tyle spotkań szans na wygranie czegokolwiek. Momentami wyglądało to na celowe działanie, bo aż trudno było uwierzyć w takie podchodzenie do tego zawodu. Jest teraz moment na zastanowienie się, dlaczego tak mogło się zdarzyć. Fałszywie obietnice Paolo Urfera o oddaniu punktów? Sytuacja z zondacrypto? Inne niespełnione obietnice i wpływ Kevina Blackwella? Na pewno wszystko się składało na to, że drużyna rozpadała się od środka, aż rozpadła się na dobre. W normalnych warunkach trudno jest uwierzyć w to, że nie byłoby podjętej walki w ostatnim meczu sezonu. Brudy na pewno zaczną wychodzić, a nawet już coś się w mediach pojawia. Na pierwszy rzut sytuacja Rifeta Kapicia, który miał już zapowiedzieć odejście z klubu. Kapitan mocno utożsamiał się z klubem, ale coś w nim najwyraźniej pękło – a i ma mieć na stole kilka ofert z klubów ekstraklasowych.

Kapitan zatem zamierza opuścić zatopiony statek jak najszybciej to możliwe.

Paolo Urfer się nie poddaje. Niestety.

Wszystko w Lechii obecnie wygląda źle i ten rozpad klubu od środka może być mocno odczuwalny przed nowym sezonem. Właściciel Paolo Urfer uważa jednak, że ten sezon nie musi być jeszcze zakończony. W niedzielę pojawił się komunikat na oficjalnej stronie klubowej, że w klubie nie zgadzają się z tym spadkiem, gdyż… punktowo zajęli 12. miejsce w lidze. Problemem są jednak wspominane już odjęte punkty. Sprawa ta ma być dodatkowo przedmiotem postępowania odwoławczego prowadzonego przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. (źródło: lechia.pl)

Reakcje na to były oczywiste. Kibice Lechii Gdańsk byli załamani i rozzłoszczeni po pojawieniu się tej informacji i trudno się temu dziwić. Jest to działanie na szkodę klubu i niepotrzebne tworzenie złudnych nadziei na coś, co się nie wydarzy. Przez cały sezon nie było konkretów, a tylko puste obietnice i pewność przywrócenia punktów, a wszyscy wokół zdawali sobie sprawę, że to się nie wydarzy. Po spadku zamiast napisać jakiekolwiek przeprosiny, od razu pojawia się taki komunikat. Kompletnie źle rozegrane, nawet jeżeli Paolo Urfer nadal w to gorąco wierzy.

Kibicom Lechii Gdańsk należy życzyć sporo cierpliwości, bo tej będzie im potrzeba wiele w następnych tygodniach. A także w następnym sezonie w Betclic 1 Lidze.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze