Wspaniałe widowisko zobaczyli widzowie zebrani na stadionie Getafe. Ich ulubieńcy pokonali faworyzowany Villarreal, mimo że przez większą cześć meczu grali w dziesiątkę. Dającego zwycięstwo gola zdobył na kilka minut przed końcem Albin.
W pierwszym meczu 15. kolejki La Liga zmierzyła się najlepsza drużyna normalnej, nie obejmującej Barcelony i Realu, Primera Division, czyli Villarreal oraz łapiące oddech po kilkukolejkowej zadyszce Getafe. Zarówno Michel, jak i Juan Garrido, mieli przed meczem lekki problem z napastnikami. Ten pierwszy musi sobie radzić bez Colungi i Arizmendiego, ten drugi cierpi z powodu absencji Rossiego. Co ciekawe, trener Villarrealu nie zdecydował się na zastąpienie Włocha innym napastnikiem (Marco Ruben, Altidore). Postawił na zagęszczenia środka pola, gdzie grający razem Borja, Cazorla, Senna, Cani i Bruno mieli w zamyśle szkoleniowca tworzyć zaporę nie do przejścia.
Pierwsza połowa pokazała, że Garrido się nie pomylił. „Pięciu wspaniałych” w żółtych koszulkach przez większość meczu między sobą rozgrywało futbolówkę. Jednak pierwszą doskonałą okazję mieli gospodarze. Jaime Gavilan przy odrobinie dobrej woli mógł pokonać Diego Lopeza. Po raz kolejny okazało się, że „Los Azulones” bardzo lubią się z Realem Madryt i powstrzymują się nawet od pokonywania bramkarza wychowanego w La Fabrica. Gavilan po prostu podał piłkę Lopezowi. Jednak uczciwie trzeba przyznać, że to właśnie Jaime był najlepszym piłkarzem Getafe w pierwszej połowie, a niemal każda akcja gospodarzy sunęła lewym skrzydłem.
Wraz z upływem czasu, to Villarreal dominował coraz bardziej. Świetne zawody rozgrywał wracający do wielkiej formy Marcos Senna, aktywny był Cazorla, kilka świetnych piłek posłał Cani. Tylko Nilmar wyglądał nadzwyczajnie słabo, widać było, że przyzwyczaił się do gry z innym napastnikiem. Za często schodził na skrzydło, zmuszając Cazorlę do gry na szpicy. W 31. minucie Borja Valero przedryblował chyba każdego obrońcę Getafe. Gdyby futbol był sprawiedliwy, łysy pomocnik pokonałby Jordiego Codinę. A tak ostatecznie został wypchnięty z pola karnego świetną interwencją kolegi ze szkółki Realu, Miguela Torresa. Jakby w rewanżu, do podobnej interwencji został zmuszony stoper Villarrealu, Carlos Marchena.
Od początku piłkarze Getafe grali bardzo brutalnie, szybko łapiąc kolejne kartki i przekonując postronnych obserwatorów, że ten mecz nie zakończy się bez pokazania choćby jednej czerwonej kartki. W 40. minucie niechlubnym bohaterem „Los Azulones” został Daniel Diaz, na którego zwykło się mówić „Cata”. Argentyńczyk wykonał całkiem estetyczny wślizg, którym powalił wbiegającego w pole karne Nilmara. Sędzia słusznie doszedł do wniosku, że przy tym rzeźnickim procederze nawet nie tknął piłki i odesłał go do szatni. Za kłótnie żółtą kartkę otrzymał „Miku”.
Do końca pierwszej połowy Villarreal desperacko starał się zdobyć pierwszego gola w meczu, ale na przeszkodzie stanął świetnie dysponowany Jordi Codina. Katalończyk wybronił dwie stuprocentowe okazje. Zwłaszcza pierwsza, przy której spektakularnie zatrzymał strzał Nilmara zasługuje na szacunek.










