Piszę ten tekst, łamiąc podstawową zasadę dziennikarskiego rzemiosła – piszę go nieobiektywnie, jako kibic Realu, który zobaczył coś, czego w najgorszych snach nie chciał widzieć.
Niech Was nie zwiedzie tytuł tekstu, nie mam najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób umniejszać winy graczy z Madrytu. Nie, oni nie mieli gorszego dnia, nie wstali lewą nogą i nie stali się mimowolnymi ofiarami zmasowanego ataku czarnych kotów. Oni najzwyczajniej w świecie byli, cały czas są, o te pięć goli, o tę „manitę” gorsi od Barcelony. Katalończycy pokazali, czym jest prawdziwy futbol, a czym aplikowanie kilku goli drużynom broniącym się przed spadkiem. Gdyby nie grający bez zarzutu Casillas, okazałoby się, że na żadnej pozycji Real nie ma piłkarza lepszego. „Popisów” czysto piłkarskich Cristiano Ronaldo nie będę analizował, nie powiem słowa o nieporadności Khediry, zamilknę nad stylem, w jakim czoła „Azulgranie” próbował stawiać Marcelo.
„La Manita” się już zdarzała, to cios w samo serce dla Kastylii, ale cios nie dość mocny, by zachwiać posadami madryckiego giganta. Takim nokautującym ciosem, przynajmniej dla wizerunku klubu, było to, co działo się w głowach piłkarzy i co przekładało się na ich niezrozumiałe zachowania.

Legendarny Santiago Bernabeu, jeszcze do niedawna punkt odniesienia dla każdego człowieka w jakikolwiek sposób związanego z Realem, wypracował pewien model, schemat zachowań, które z czasem zaczęto nazywać duchem madridismo. Wszystko opierało się na dwóch filarach: niezachwianej wierze w siebie, niezależnie od sytuacji na i poza boiskiem, oraz szacunku dla rywala, nie zważając na to, co robi. Zgodnie z tymi, prostymi przecież, zasadami, klub funkcjonował przez kilkadziesiąt lat. Nawet przybycie do klubu Florentino Pereza, który, jak każdy wie, ma dość specyficzny sposób postrzegania futbolu, tego nie zmieniło. „Królewscy” mogli doznać druzgocącej klęski, ale zawsze zachowywali twarz. Gdy Ronaldinho w pojedynkę upokarzał jedenastu graczy w białych koszulkach, stadion zgotował mu owację na stojąco, a piłkarze szczerze gratulowali meczu życia. Gdy Barcelona w imponującym stylu zdobywała Santiago Bernabeu, Raul pozostał na murawie do końca, by uściskać każdego rywala, a następnie zszedł do szatni obejmując się kapitanem rywali, Carlesem Puyolem. Wtedy każdy chwalił „El Siete”, widząc w nim jednostkę wybitną, a on po prostu zrobił jedyną rzecz, jaka mogła mu przyjść do głowy. Przez całe dziesięciolecia to fani Barcelony, to nacjonaliści z Boixos Nois uchodzili za tych gorszych. To oni zabili człowieka tylko dlatego, że miał na sobie koszulkę „Los Blancos”, to oni rzucali czym popadnie w Luisa Figo. To wreszcie oni wybili szyby w autobusie gości z Madrytu kilka dni temu. Real uchodził za drużynę wywyższającą się, przekonaną, chyba słusznie zresztą, o swojej wyjątkowości, ale zawsze grającą czysto. Incydent z Pepe masakrującym Casquero był tylko incydentem. Incydenty się zdarzają – każdy jest tylko człowiekiem.












