Stoke City przerwało passę meczów bez zwycięstwa na wyjeździe i pokonało zespół Portsmouth.
Portsmouth i Stoke City nie należą do potentatów ligi angielskiej, jednak zdecydowanym faworytem pojedynku tych drużyn wydawała się ekipa gości. „The Pompey” są zagrzebani w kryzysie i wiele osób już postawiło na tym zespole krzyżyk, skazując na degradacje do Coca-Cola Championship. Podopieczni Avrama Granta jednak w ostatniej kolejce zdołali zremisować z Sunderlandem, co może stanowić dobry prognostyk. Stoke za to odniosło nawet większy sukces, również podzieliło się punktami jednak nie z byle kim – Manchesterem City. Dla Portsmouth pocieszającą statystką jest informująca o tym, iż ich rywale tylko raz na wyjeździe schodzili z boiska jako zwycięzcy.
Pierwsze minuty przebiegły pod znakiem ogólnego chaosu na boisku. Konstruktywną akcję już w 11. minucie stworzyli przyjezdni, jednak trybuny mogły odetchnąć, gdy piłka uderzona przez Glenna Whelana minęła bramkę ich ulubieńców. Stoke nie zamierzało odpuszczać i po chwili znowu stanęło przed szansą zdobycia gola, ale Mamada Sidibe również nie popisał się dobrym wykończeniem i graczom „The Pompey” znów się upiekło. To właściwie byłoby na tyle, jeśli chodzi o ciekawe sytuacje początku spotkania.
Przełom nastąpił dopiero w 35. minucie. Wierni kibice, którzy przybyli na Fratton Park zostali wynagrodzeni za doping. Frédéric Piquionne sprytnym strzałem pokonał Sorensena i zapewnił Portsmouth prowadzenie. Zważywszy na przebieg meczu była to dość zaskakująca sytuacja. Jeszcze pod koniec pierwszej połowy Sanli Tuncay starał się doprowadzić do wyrównania, lecz jego strzał głową nie okazał się wystarczający, by zmienić rezultat meczu.
Drugą część gry z animuszem rozpoczęli piłkarze Stoke. Chcieli za wszelką cenę doprowadzić do wyrównania i udało im się to zaledwie pięć minut po wznowieniu gry. Po asyście Glenna Whelana drogę do bramki utorował piłce Robert Huth. W 55. minucie mogło być1:2. Ricardo Fuller stanął przed idealną szansą do zdobycia bramki, lecz zmarnował ją i mógł jedynie skryć twarz w dłoniach. Po czternastu minutach okazję miał Rory Delap, jednak i on nie podołał.
Przełomowym momentem, kończącym falę dominacji Stoke, była czerwona kartka dla obrońcy tego zespołu, Andy’ego Wilkinsona. Gracz zarobił drugi żółty kartonik, który przerodził się w – eliminujący go z gry – czerwony. Portsmouth skorzystało na tym o tyle, iż przynajmniej goście przestali stwarzać sobie sytuacje, jednak sami również w ofensywie wiele nie pokazali. W ostatnich minutach gry defensorzy „The Pompey” zaspali i Salif Diao zdobył bramkę, zaprzepaszczając szansę gospodarzy na jakąkolwiek zdobycz punktową.










