Hiszpańska Primera Division przyzwyczaiła nas do tego, że mecze najlepszych zespołów odbywają się głównie w sobotę. Kolejka poprzedzającą przerwę reprezentacyjną była wyjątkiem potwierdzającym regułę, która teraz ukazuje się w pełnej krasie. Wszystkie pięć sobotnich meczów wypada zapowiedzieć, w każdym wystąpi bowiem przynajmniej jeden zespół, który zasługuje na uwagę.
Getafe CF – Villarreal CF
Kolejkę otworzą trzy spotkania o godzinie 18:00, w których wystąpią trzy zespoły, które w minionym sezonie uplasowały się w czołowej czwórce. Jeden z nich, Villarreal, spróbuje odbudować swoją pozycję w meczu w podmadryckim Getafe.
Sergio Canales wyrasta na kreatora gry Valencii (fot. soccerreviews.com)
Podopieczni Luisa Garcii jak na razie spisują się poniżej oczekiwań. Niedawno klub został przejęty przez bogatego arabskiego inwestora, zatem pieniędzy „Niebieskim” nie brakuje, a co za tym idzie, ich kierownictwo wymaga od zespołu przyzwoitych wyników. A z tym jest na razie problem, trudno bowiem uznać za takowe 17. miejsce w lidze z dorobkiem zaledwie czterech punktów. Na owe punkty składa się remis wywalczony w pierwszej kolejce z Levante, a także niedawne zwycięstwo z Betisem Sewilla. Pozostałe cztery mecze Getafe to porażki, choć nie można powiedzieć, że były one odniesione w fatalnym stylu. Szczególnie dzielnie gracze Garcii walczyli z Realem Madryt i ostatnio z Malagą. Jeżeli w podobny sposób zagrają przeciw Villarrealowi, z pewnością nie będą stali na straconej pozycji.
„Żółta Łódź Podwodna” nie jest już zresztą tym samym zespołem, co jakieś dziesięć miesięcy temu. Sprzedaż do Malagi Santiego Cazorli była oczywistym osłabieniem zespołu, ale chyba nikt nie spodziewał się, że bez filigranowego reprezentanta Hiszpanii Villarreal będzie aż tak bezradny. Podopieczni Juana Garrido na sześć spotkań ligowych wygrali zaledwie raz, z Mallorcą, i to tylko dzięki wyjątkowo dobrej dyspozycji duetu Nilmar – Rossi. Poza tym zanotowali oni trzy remisy (w tym ostatnio z Realem Saragossa) oraz dwie porażki – pogrom z rąk (nóg) „Barcy” i jeszcze bardziej wstydliwa porażka z Granadą. Równie kiepsko idzie „Żółtej Łodzi Podwodnej” w Lidze Mistrzów, tam po dwóch bezdyskusyjnych porażkach z Napoli i Bayernem zamyka tabelę swojej grupy. Czy w sobotę przeciw Getafe przyjdzie przełamanie?
Real Madryt – Betis Sewilla
W kolejnym z popołudniowych sobotnich spotkań zmierzą się, co jeszcze przed rozpoczęciem sezonu było nie do pomyślenia, sąsiedzi z tabeli: „Los Blancos” zgromadzili jak do tej pory zaledwie punkt więcej od podopiecznych Pepe Mela.
Jak po każdych dwóch nieudanych meczach z kolei zastanawiano się nad kryzysem w Realu i jak po każdym przekonującym zwycięstwie, szybko te myśli porzucono. Real najpierw znalazł się w niewytłumaczalnym, ewidentnym dole formy, w dwóch kolejnych meczach stracił bowiem pięć punktów (porażka z Levante i remis z Racingiem) i nie strzelił bramki. W trzecim, choć zaczęło się fatalnie, podopieczni Mourinho wzięli się w garść i, mimo że przegrywali, wygrali mecz z Rayo czterema bramkami. Kolejne spotkanie tylko potwierdziło, że Real prawdopodobnie już wyczerpał limit pomyłek w tej rundzie: bezdyskusyjne zwycięstwo nad Espanyolem i hat-trick powracającego do wybornej formy (i podstawowej jedenastki?) Gonzalo Higuaina. I mimo że trener Betisu powinien przekonać swoich piłkarzy, by na mecz z Realem wyszli żądni krwi, zapewne nie zda się to na wiele.
Odkąd Pepe Mel oficjalnie zgłosił akces do mistrzostwa kraju, Betis osiąga mierne wyniki. W szóstej kolejce poległ w Getafe, co jeszcze można było uznać za wypadek przy pracy, ale w następnej turze spotkań, w takim samym stosunku (1:0) dał się pokonać Levante, i to na własnym boisku. Trener „Los Verdiblancos” w nieco ironicznym tonie wypowiadał się później o taktyce obranej przez rywala, ale fakty są takie, że Betis po prostu nie był w stanie sforsować defensywy rywala z Walencji. Po dwóch przegranych meczach morale w drużynie bynajmniej nie siadło, ba, obrońca Jose Dorado zadaje odważne pytanie, dlaczegóż to on i jego koledzy mieliby nie wygrać na Bernabeu? Argument pierwszy – bo Real jest dużo lepszym zespołem, argument drugi – bo Real nie przegrywa u siebie, argument trzeci – bo Real nie może już tracić punktów.
RCD Mallorca – Valencia CF
Przeciętna aż do bólu drużyna z Balearów podejmie zupełnie nieprzeciętną drużynę Unaia Emery’ego. Realnie i obiektywnie oceniając, gospodarze powinni się cieszyć, jeśli uda im się ugrać choćby punkt.
W ostatnim czasie w klubie rozgrywającym swe mecze na Iberostar Estadi doszło do małej rewolucji. Niepotrafiący wytrzymać stałej presji ze strony zarządu dotychczasowy trener Michael Laudrup podał się do dymisji, a jego miejsce w trybie natychmiastowym zajął Miguel Angel Nadal, który jednak szybko ustąpił miejsca Joaquinowi Caparrosowi. Trener, który jeszcze do niedawna uchodził za wcielenie solidności i konsekwencji, w czerwcu został zwolniony z Athleticu Bilbao (dla nowego prezesa Josu Urrutii był widać zbyt solidny i konsekwentny, a za mało szalony, jak nowy trener, Marcelo Bielsa). Później króciutko pracował ze szwajcarskim Neuchatel Xamax, gdzie oprócz zgromadzenia pokaźnej hiszpańskiej kolonii nie wyróżnił się niczym. Mimo to dostał szansę powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej w ojczyźnie. Zespół, jak na swoje możliwości, gra całkiem nieźle (dobra dyspozycja Izraelczyka z polskim paszportem Tomera Hemeda), zatem Caparrosowi pozostaje tylko niczego nie zepsuć.
Mesut Oezil biegnie (fot. as.com)
Efekt nowej miotły zwiększa szanse rywala na osiągnięcie korzystnego rezultatu, ale faworytami nadchodzącego pojedynku i tak są „Los Ches”. Mimo że nieraz już zdarzało się im lekceważyć słabszych rywali, to w dalszym ciągu, zważywszy na umiejętności boiskowe i nie najgorszą dyspozycję, należy się spodziewać ich zwycięstwa. Gracze Unaia Emery’ego przez ostatnie kilka tygodni rozegrali właściwie tylko jeden słaby mecz (porażka z 0:1 z Sevillą), poza tym wygrali z Granadą i Sportingiem, a z remisów z Chelsea i Barceloną powinni cieszyć się przede wszystkim rywale. Pięć straconych w lidze punktów daje Valencii piątą pozycję, ale ze stratą zaledwie punktu do liderów, zatem zwycięstwo odniesione na Balearach pozwoli utrzymać ten niewielki dystans, a przy odrobinie szczęścia, zniwelować go. W wywalczeniu dobrego wyniku nie pomoże kolegom kontuzjowany ostatnio Hedwiges Maduro.
FC Barcelona – Racing Santander
Zdziesiątkowani przez kontuzje i zmagający się z „wirusem FIFA” mistrzowie Hiszpanii podejmą słabiutki zespół z Kantabrii. Leo Messi nie strzelił w poprzedniej kolejce gola – jeśli nie zrobi tego w sobotę, można będzie mówić o niespodziance.
Dlaczego zdziesiątkowani przez kontuzje? Bo w zbliżającym się spotkaniu nie zagrają Puyol, Abidal, Cesc, Iniesta, Sanchez i Afellay, co wobec gry na kilku frontach (całe szczęście dla kibiców Barcelony, jeszcze nie wystartowały rozgrywki o Puchar Króla) stanowi niemały kłopot dla Pepa Guardioli. Zmagający się z „wirusem FIFA”, bo niemal regułą jest, że po przerwie na mecze reprezentacyjne „Blaugrana” nie gra tak dobrze, jak wcześniej, a powrót do wysokiej dyspozycji zajmuje jej przynajmniej kilka, a czasem i kilkanaście dni. Na szczęście dla siebie, „Barca” dostała na owe przetarcie niemal wymarzonego rywala, zalegający właściwie na dnie tabeli Racing. Jest całkiem możliwe, że z tą drużyną uporałyby się grające w Segunda Division rezerwy „Dumy Katalonii”, zatem nawet trapieni wyżej wymienionymi problemami piłkarze Guardioli powinni bez problemu poradzić sobie z Kantabryjczykami.
A Racing nie poradzi sobie z Barceloną, bo jest za słabym zespołem. i to nie tylko na urwanie jej punktów, przy swojej świetnej formie, ale i na to, by przy jej słabej dyspozycji, a swojej dobrej, ugrać cokolwiek. Podopieczni Hectora Cupera w ostatniej kolejce z trudem zremisowali u siebie z Rayo, które dopiero uczy się (choć z dobrym skutkiem) pierwszoligowego futbolu, a w poprzednich grach również upodobali sobie ten wynik, szczególnie w formie bezbramkowej. Jedynym niezremisowanym w ten sposób przez Kantabryjczyków spotkaniem było to z pierwszej kolejki, co prawda przegrane z Valencią 3:4, ale przynajmniej efektowne i ciekawe. Historia meczów z Barceloną sugeruje, że liczba goli straconych może się powtórzyć, natomiast jakakolwiek zdobycz bramkowa to w tym przypadku czcze życzenia.
Granada CF – Atletico Madryt
Ostatni z rozegranych w sobotni wieczór meczów wydaje się stosunkowo mało ciekawy. Ale to tylko pozory, bo zarówno Granada, jak i Atletico to drużyny bardzo nieprzewidywalne i zdolne do rozgrywania zarówno meczów doskonałych, jak i koszmarnych.
Podopieczni Gregorio Manzano zajmują obecnie 8. miejsce w tabeli La Liga. W ostatniej kolejce bezbramkowo zremisowali z Sevillą, a wcześniej dostali zebrali srogie baty od Barcelony. Jeszcze wcześniej wygrali dwa razy po 4:0. Siła Atletico leży, tak jak przed rokiem, w skrajnych formacjach. Thibaut Courtois i Radamel Falcao grają generalnie bardzo dobrze, z tym że tylko ten pierwszy raczej nie spuszcza z tonu. Kolumbijczyk lubi przeplatać mecze doskonałe meczami do niczego. W starciu z Granadą Manzano będzie musiał poradzić sobie bez wyrastającego na jedną z gwiazd ligi Ardy Turana oraz Silvio, który co prawda znalazł się w kadrze wyjeżdżającej do Andaluzji, ale szanse na występ ma bardzo małe. Do gry niezdolny jest też Antonio Lopez, ale to żadna strata. Jeśli chodzi o nastawienie „Los Colchoneros”, to dobrze ujął to Alvaro Dominguez: – Musimy wygrać najbliższe cztery lub pięć spotkań. Musimy też zacząć zwyciężać na wyjeździe, jeśli nie chcemy wypaść z gry o najwyższe cele.
W obozie gospodarzy miny coraz weselsze. Co prawda pierwsze cztery kolejki zakończyły się porażkami beniaminka, ale potem zrobiło się całkiem miło. Najpierw remis z Osasuną, a potem wyjazdowa wygrana z Valencią. Granada ma papiery na walkę o utrzymanie. Niekoniecznie na samo utrzymanie, ale na walkę na pewno. Hassan Yebda twierdzi, że dobra passa powinna przełożyć się na korzystny wynik w sobotę. Hassan Yebda jest bardzo pewny siebie. Szkoda, że nie zagra.
Jeśli chodzi o szanse na zwycięstwo, to sprawa jest prosta: Falcao zagra dobrze – Granada przegra. Falcao zagra źle – wszystko się może zdarzyć.
Hiszpańska Primera Division przyzwyczaiła nas do tego, że mecze najlepszych zespołów odbywają się głównie w sobotę. Kolejka poprzedzającą przerwę reprezentacyjną była wyjątkiem potwierdzającym regułę, która teraz ukazuje się w pełnej krasie. Wszystkie pięć sobotnich meczów wypada zapowiedzieć, w każdym wystąpi bowiem przynajmniej jeden zespół, który zasługuje na uwagę.
Getafe CF – Villarreal CF
Kolejkę otworzą trzy spotkania o godzinie 18:00, w których wystąpią trzy zespoły, które w minionym sezonie uplasowały się w czołowej czwórce. Jeden z nich, Villarreal, spróbuje odbudować swoją pozycję w meczu w podmadryckim Getafe.
Sergio Canales wyrasta na kreatora gry Valencii (fot. soccerreviews.com)
Podopieczni Luisa Garcii jak na razie spisują się poniżej oczekiwań. Niedawno klub został przejęty przez bogatego arabskiego inwestora, zatem pieniędzy „Niebieskim” nie brakuje, a co za tym idzie, ich kierownictwo wymaga od zespołu przyzwoitych wyników. A z tym jest na razie problem, trudno bowiem uznać za takowe 17. miejsce w lidze z dorobkiem zaledwie czterech punktów. Na owe punkty składa się remis wywalczony w pierwszej kolejce z Levante, a także niedawne zwycięstwo z Betisem Sewilla. Pozostałe cztery mecze Getafe to porażki, choć nie można powiedzieć, że były one odniesione w fatalnym stylu. Szczególnie dzielnie gracze Garcii walczyli z Realem Madryt i ostatnio z Malagą. Jeżeli w podobny sposób zagrają przeciw Villarrealowi, z pewnością nie będą stali na straconej pozycji.
„Żółta Łódź Podwodna” nie jest już zresztą tym samym zespołem, co jakieś dziesięć miesięcy temu. Sprzedaż do Malagi Santiego Cazorli była oczywistym osłabieniem zespołu, ale chyba nikt nie spodziewał się, że bez filigranowego reprezentanta Hiszpanii Villarreal będzie aż tak bezradny. Podopieczni Juana Garrido na sześć spotkań ligowych wygrali zaledwie raz, z Mallorcą, i to tylko dzięki wyjątkowo dobrej dyspozycji duetu Nilmar – Rossi. Poza tym zanotowali oni trzy remisy (w tym ostatnio z Realem Saragossa) oraz dwie porażki – pogrom z rąk (nóg) „Barcy” i jeszcze bardziej wstydliwa porażka z Granadą. Równie kiepsko idzie „Żółtej Łodzi Podwodnej” w Lidze Mistrzów, tam po dwóch bezdyskusyjnych porażkach z Napoli i Bayernem zamyka tabelę swojej grupy. Czy w sobotę przeciw Getafe przyjdzie przełamanie?
Real Madryt – Betis Sewilla
W kolejnym z popołudniowych sobotnich spotkań zmierzą się, co jeszcze przed rozpoczęciem sezonu było nie do pomyślenia, sąsiedzi z tabeli: „Los Blancos” zgromadzili jak do tej pory zaledwie punkt więcej od podopiecznych Pepe Mela.
Jak po każdych dwóch nieudanych meczach z kolei zastanawiano się nad kryzysem w Realu i jak po każdym przekonującym zwycięstwie, szybko te myśli porzucono. Real najpierw znalazł się w niewytłumaczalnym, ewidentnym dole formy, w dwóch kolejnych meczach stracił bowiem pięć punktów (porażka z Levante i remis z Racingiem) i nie strzelił bramki. W trzecim, choć zaczęło się fatalnie, podopieczni Mourinho wzięli się w garść i, mimo że przegrywali, wygrali mecz z Rayo czterema bramkami. Kolejne spotkanie tylko potwierdziło, że Real prawdopodobnie już wyczerpał limit pomyłek w tej rundzie: bezdyskusyjne zwycięstwo nad Espanyolem i hat-trick powracającego do wybornej formy (i podstawowej jedenastki?) Gonzalo Higuaina. I mimo że trener Betisu powinien przekonać swoich piłkarzy, by na mecz z Realem wyszli żądni krwi, zapewne nie zda się to na wiele.
Odkąd Pepe Mel oficjalnie zgłosił akces do mistrzostwa kraju, Betis osiąga mierne wyniki. W szóstej kolejce poległ w Getafe, co jeszcze można było uznać za wypadek przy pracy, ale w następnej turze spotkań, w takim samym stosunku (1:0) dał się pokonać Levante, i to na własnym boisku. Trener „Los Verdiblancos” w nieco ironicznym tonie wypowiadał się później o taktyce obranej przez rywala, ale fakty są takie, że Betis po prostu nie był w stanie sforsować defensywy rywala z Walencji. Po dwóch przegranych meczach morale w drużynie bynajmniej nie siadło, ba, obrońca Jose Dorado zadaje odważne pytanie, dlaczegóż to on i jego koledzy mieliby nie wygrać na Bernabeu? Argument pierwszy – bo Real jest dużo lepszym zespołem, argument drugi – bo Real nie przegrywa u siebie, argument trzeci – bo Real nie może już tracić punktów.
RCD Mallorca – Valencia CF
Przeciętna aż do bólu drużyna z Balearów podejmie zupełnie nieprzeciętną drużynę Unaia Emery’ego. Realnie i obiektywnie oceniając, gospodarze powinni się cieszyć, jeśli uda im się ugrać choćby punkt.
W ostatnim czasie w klubie rozgrywającym swe mecze na Iberostar Estadi doszło do małej rewolucji. Niepotrafiący wytrzymać stałej presji ze strony zarządu dotychczasowy trener Michael Laudrup podał się do dymisji, a jego miejsce w trybie natychmiastowym zajął Miguel Angel Nadal, który jednak szybko ustąpił miejsca Joaquinowi Caparrosowi. Trener, który jeszcze do niedawna uchodził za wcielenie solidności i konsekwencji, w czerwcu został zwolniony z Athleticu Bilbao (dla nowego prezesa Josu Urrutii był widać zbyt solidny i konsekwentny, a za mało szalony, jak nowy trener, Marcelo Bielsa). Później króciutko pracował ze szwajcarskim Neuchatel Xamax, gdzie oprócz zgromadzenia pokaźnej hiszpańskiej kolonii nie wyróżnił się niczym. Mimo to dostał szansę powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej w ojczyźnie. Zespół, jak na swoje możliwości, gra całkiem nieźle (dobra dyspozycja Izraelczyka z polskim paszportem Tomera Hemeda), zatem Caparrosowi pozostaje tylko niczego nie zepsuć.
Mesut Oezil biegnie (fot. as.com)
Efekt nowej miotły zwiększa szanse rywala na osiągnięcie korzystnego rezultatu, ale faworytami nadchodzącego pojedynku i tak są „Los Ches”. Mimo że nieraz już zdarzało się im lekceważyć słabszych rywali, to w dalszym ciągu, zważywszy na umiejętności boiskowe i nie najgorszą dyspozycję, należy się spodziewać ich zwycięstwa. Gracze Unaia Emery’ego przez ostatnie kilka tygodni rozegrali właściwie tylko jeden słaby mecz (porażka z 0:1 z Sevillą), poza tym wygrali z Granadą i Sportingiem, a z remisów z Chelsea i Barceloną powinni cieszyć się przede wszystkim rywale. Pięć straconych w lidze punktów daje Valencii piątą pozycję, ale ze stratą zaledwie punktu do liderów, zatem zwycięstwo odniesione na Balearach pozwoli utrzymać ten niewielki dystans, a przy odrobinie szczęścia, zniwelować go. W wywalczeniu dobrego wyniku nie pomoże kolegom kontuzjowany ostatnio Hedwiges Maduro.
FC Barcelona – Racing Santander
Zdziesiątkowani przez kontuzje i zmagający się z „wirusem FIFA” mistrzowie Hiszpanii podejmą słabiutki zespół z Kantabrii. Leo Messi nie strzelił w poprzedniej kolejce gola – jeśli nie zrobi tego w sobotę, można będzie mówić o niespodziance.
Dlaczego zdziesiątkowani przez kontuzje? Bo w zbliżającym się spotkaniu nie zagrają Puyol, Abidal, Cesc, Iniesta, Sanchez i Afellay, co wobec gry na kilku frontach (całe szczęście dla kibiców Barcelony, jeszcze nie wystartowały rozgrywki o Puchar Króla) stanowi niemały kłopot dla Pepa Guardioli. Zmagający się z „wirusem FIFA”, bo niemal regułą jest, że po przerwie na mecze reprezentacyjne „Blaugrana” nie gra tak dobrze, jak wcześniej, a powrót do wysokiej dyspozycji zajmuje jej przynajmniej kilka, a czasem i kilkanaście dni. Na szczęście dla siebie, „Barca” dostała na owe przetarcie niemal wymarzonego rywala, zalegający właściwie na dnie tabeli Racing. Jest całkiem możliwe, że z tą drużyną uporałyby się grające w Segunda Division rezerwy „Dumy Katalonii”, zatem nawet trapieni wyżej wymienionymi problemami piłkarze Guardioli powinni bez problemu poradzić sobie z Kantabryjczykami.
A Racing nie poradzi sobie z Barceloną, bo jest za słabym zespołem. i to nie tylko na urwanie jej punktów, przy swojej świetnej formie, ale i na to, by przy jej słabej dyspozycji, a swojej dobrej, ugrać cokolwiek. Podopieczni Hectora Cupera w ostatniej kolejce z trudem zremisowali u siebie z Rayo, które dopiero uczy się (choć z dobrym skutkiem) pierwszoligowego futbolu, a w poprzednich grach również upodobali sobie ten wynik, szczególnie w formie bezbramkowej. Jedynym niezremisowanym w ten sposób przez Kantabryjczyków spotkaniem było to z pierwszej kolejki, co prawda przegrane z Valencią 3:4, ale przynajmniej efektowne i ciekawe. Historia meczów z Barceloną sugeruje, że liczba goli straconych może się powtórzyć, natomiast jakakolwiek zdobycz bramkowa to w tym przypadku czcze życzenia.
Granada CF – Atletico Madryt
Ostatni z rozegranych w sobotni wieczór meczów wydaje się stosunkowo mało ciekawy. Ale to tylko pozory, bo zarówno Granada, jak i Atletico to drużyny bardzo nieprzewidywalne i zdolne do rozgrywania zarówno meczów doskonałych, jak i koszmarnych.
Podopieczni Gregorio Manzano zajmują obecnie 8. miejsce w tabeli La Liga. W ostatniej kolejce bezbramkowo zremisowali z Sevillą, a wcześniej dostali zebrali srogie baty od Barcelony. Jeszcze wcześniej wygrali dwa razy po 4:0. Siła Atletico leży, tak jak przed rokiem, w skrajnych formacjach. Thibaut Courtois i Radamel Falcao grają generalnie bardzo dobrze, z tym że tylko ten pierwszy raczej nie spuszcza z tonu. Kolumbijczyk lubi przeplatać mecze doskonałe meczami do niczego. W starciu z Granadą Manzano będzie musiał poradzić sobie bez wyrastającego na jedną z gwiazd ligi Ardy Turana oraz Silvio, który co prawda znalazł się w kadrze wyjeżdżającej do Andaluzji, ale szanse na występ ma bardzo małe. Do gry niezdolny jest też Antonio Lopez, ale to żadna strata. Jeśli chodzi o nastawienie „Los Colchoneros”, to dobrze ujął to Alvaro Dominguez: – Musimy wygrać najbliższe cztery lub pięć spotkań. Musimy też zacząć zwyciężać na wyjeździe, jeśli nie chcemy wypaść z gry o najwyższe cele.
W obozie gospodarzy miny coraz weselsze. Co prawda pierwsze cztery kolejki zakończyły się porażkami beniaminka, ale potem zrobiło się całkiem miło. Najpierw remis z Osasuną, a potem wyjazdowa wygrana z Valencią. Granada ma papiery na walkę o utrzymanie. Niekoniecznie na samo utrzymanie, ale na walkę na pewno. Hassan Yebda twierdzi, że dobra passa powinna przełożyć się na korzystny wynik w sobotę. Hassan Yebda jest bardzo pewny siebie. Szkoda, że nie zagra.
Jeśli chodzi o szanse na zwycięstwo, to sprawa jest prosta: Falcao zagra dobrze – Granada przegra. Falcao zagra źle – wszystko się może zdarzyć.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.