Najciemniej jest – jak zwykle – w miejscu, w którym ludzka przyzwoitość nie sięga. W internecie. Przekonał się o tym 15-letni Essam Abdelhamid.
Gdy Essam przychodził na świat, Lionel Messi za trzy miesiące miał odebrać swoją trzecią Złotą Piłkę. Wcześniej zwyciężył w finale Ligi Mistrzów z legendarnym Manchesterem United Sir Alexa Fergusona, a na krajowych boiskach szalał wraz z ferajną pod egidą Pepa Guardioli.
W Polsce mistrzem była Wisła Kraków – po raz ostatni na czas bliżej nieokreślony. Koronę króla strzelców polskiego dobra narodowego przywdziewał „Franek, łowca bramek”, który ledwo zdążył wrócić z czteroletniej podróży po boiskach hiszpańsko-angielsko-amerykańskich. A cały kraj przygotowywał się na ugoszczenie europejskich gości na Mistrzostwach Europy 2012 w Polsce i Ukrainie. Pradzieje piłki.
I w natłoku tych nostalgicznych wydarzeń, mniej więcej w tym okresie, urodził się malutki Essam. W belgijskiej Antwerpii, syn Polki i Egipcjanina. Dwanaście lat później opuszcza Belgię, gdyż jego talentem piłkarskim zainteresowanie zaczęło przejawiać holenderskie PSV Eindhoven. W świat wypuszczało niezliczoną liczbę talentów. Tam rozkwitali brazylijscy gwiazdorzy Ronaldo Nazario i Romario czy wielokrotnie wykrzykiwani przez trybuny Arjen Robben, Ruud van Nistelrooy, Ronald Koeman i Ruud Gullit. Rzecz niemała.
Polak, Egipcjanin i Belg
W holenderskiej szkółce się wyróżniał, został nawet kapitanem jednej z młodzieżowych ekip, a skauci PZPN-u określają go jako „wielki talent”. Essam możliwości wyboru reprezentacji ma bogate – dzięki matce, ojcu i miejscu urodzenia ma aż trzy możliwości: Polskę, Egipt i Belgię. Jako pierwsi do zawodnika dłoń wyciągnęli polscy działacze, oficjalnie w barwach ojczyzny matki zadebiutował w maju 2026 roku. Najpierw grał w drużynie do lat 15, trzy miesiące później przeskoczył o szczebelek wyżej.
Publice dał się poznać szerzej na początku października, kiedy zdobył bramkę przeciwko Grekom. Profile związane z reprezentacją Polski naturalnie poinformowały o zwycięstwie, strzelcach (bo było ich dwóch, kadra zwyciężyła 2:1). Normalnym następstwem byłyby gratulacje, komentarze o „przyszłości polskiego sportu”, które wobec takich wydarzeń często mają miejsce. Nie było normalnie.
Wybiegła dzicz. Wzroku jednostkom prymitywnym nie umknęło specyficzne imię i nazwisko Polaka. Wydało się im za mało polskie. Następny powód epidemii tycich móżdżków – skóra. Zbyt ciemna, ponownie za mało polska w ograniczonym rozumieniu polskości. Więc dali upust emocjom. Można było przeczytać, że na opublikowanym zdjęciu drużyny znajduje się nie jedenastu polskich zawodników, a dziesięciu. Zasób słownictwa był zwężony, Essama najczęściej określano jako „ciapatego” lub „brudasa”. Nie obyło się także bez inwektyw wobec matki piłkarza, która – według tęgich mózgów – „puściła się z Arabem”. I nie był to problem sekcji spod jednego wpisu. Takie wiadomości były rozsiane po niemal każdej platformie społecznościowej.
Za mało polski na Polaka
A co z kolei trzeba zrobić, by móc uważać się za Polaka? Pozostają mi jedynie domysły, bo znacznie bardziej precyzyjnie i szczegółowo są opisane aspekty tych, którzy za Polaków nie mogą się uważać. Ciemny odcień skóry jest kategorycznie zakazany. Co z białym? Trzeba mieć idealnie biały czy tylko tak trochę biały, aby w owe kryteria się wcisnąć? Jak mniemam, polski Polak powinien urodzić się w Polsce. Essam się nie urodził, ale Nicola Zalewski też (Tivoli, Włochy). I nikt z tego powodu na zgrupowaniach nie robi mu wyrzutów sumienia – ba, jest ulubieńcem kibiców. No dobrze, a co z imieniem i nazwiskiem? Matty Cash także nie brzmi polsko. Tak samo jak Nicola. A legenda kadry, Kamil Glik, ma nazwisko pochodzenia niemieckiego („Glück”, w tłumaczeniu „szczęście”). Czyli Kamil Glik nie jest Polakiem? Cóż, można się tak głowić bez końca.
Efekty tym podobnych rozważań do Essama dotarły. Nie ominęły go komentarze o matce, o ojcu, o nim samym, skala rasistowskiego ruszenia była zbyt wielka. Więc zdecydował – nie będzie grać dla Polski. Nową reprezentację już wybrał, został powołany do belgijskiej kadry. I w taki sposób straciliśmy jeden z największych talentów w rodzimej piłce. Słowa nie moje.
I co? Ruszyli, ponownie. Ofiarę zamienili w zdrajcę i dezertera. Zareagowali ze złością, że ośmielił się pójść tam, gdzie takich sytuacji nie doświadczy, a zachowaniem 15-latka podparli swoją tezę o kryterium polskości. W tym momencie miał pokazać, że „taki właśnie jest z niego Polak”.
Popadli w samouwielbienie. Wobec siebie, wobec rasizmu. Samozwańczy obrońcy polskości, którzy ksenofobię i rasizm uznają za powód do dumy, za przyczynę wielkości Polski na tle europejskim.
Marzy mi się jedno. By Belgów spotkać w istotnym, ważnym meczu, najlepiej o stawkę, gdzie na boisko wyjdzie Essam. I żeby niedoszły talent reprezentacji Polski strzelił bramkę na wagę zwycięstwa Belgów. W doliczonym czasie gry. A w internecie, aby zamiast pomyj wylały się przeprosiny. W skali większej niż to, co obserwowaliśmy przed kilkoma dniami. Ale w co ja wierzę – surrealizm, nigdy się to nie stanie. Bo przecież nie przeproszą.











