1998, 2000, 2002. Wiecie co łączy wszystkie te lata? Real Madryt sięgający po trofeum Ligi Mistrzów. Lecz nie jest to jedyne podobieństwo. Każdy z tych triumfów „Królewscy” osiągnęli po nie najlepszym, a wręcz bardzo słabym sezonie w lidze hiszpańskiej. Gdy Realowi nie szło na krajowym podwórku, odnosił sukcesy w Europie.
A dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że Real w tym sezonie szanse na wygranie La Liga już praktycznie zaprzepaścił. Barcelona ma w tym momencie 10 punktów przewagi nad odwiecznym rywalem. Przed Realem jest jeszcze Atletico, które ma oczko więcej niż „Królewscy”. Z drugimi krajowymi rozgrywkami – Pucharem Króla – „Los Blancos” pożegnali się już w czwartej rundzie, kiedy to zostali wyrzuceni z rozgrywek za wystawienie zawieszonego za kartki Denisa Czeryszewa przeciwko Cadiz CF. „Los Merengues” mogą, a nawet muszą, skupić się wyłącznie na Lidze Mistrzów. I chociaż Zinedine Zidane wciąż podkreśla, że o triumf w krajowym czempionacie Real będzie walczył do końca, to trudno w to uwierzyć. „Los Blancos” muszą rzucić wszystkie siły na zdobycie „Undecimy”. A jak pokazuje historia, może się to opłacić.

Sezon 1997/1998 był dla Realu Madryt bardzo podobny do obecnego. Przynajmniej pod względem wyników. Nie było zawirowań na ławce trenerskiej. Od początku do końca kampanii szkoleniowcem był Jupp Heynckes. Na boisku mogliśmy oglądać takich zawodników jak: Bodo Illgner, Manolo Sanchis, Fernando Hierro, cudowny Fernando Redondo, Davor Suker, Predrag Mijatović, młodziutki Raul czy, najlepszy strzelec „Królewskich” w tamtym sezonie, Fernando Morientes. Jednak było to za mało na Barcelonę, która mogła się pochwalić wcale nie mniejszą liczbą wirtuozów na metr kwadratowy boiska. Pep Guardiola, Luis Enrique, Rivaldo, Sonny Anderson, Luis Figo. To tylko niektórzy z zawodników, z których mógł korzystać Louis van Gaal. „Duma Katalonii” była w lidze nie do zatrzymania. „Barca” prowadziła w tabeli od pierwszej do ostatniej kolejki, z wyjątkiem dwóch na początku grudnia 1997, kiedy to na ich miejsce wskoczył Real Madryt. „Los Merengues” zakończyli sezon ligowy w dużej grupie pościgowej. Między drugim Athletikiem, a ósmym Betisem było tylko sześć punktów różnicy. Real zakończył rozgrywki na czwartym miejscu ze stratą jedenastu punktów do Barcelony i dwóch do Athletiku. Ale to się nie liczyło. Ostatnie mecze na krajowym podwórku „Los Blancos” odpuścili. A uczynili to dlatego, że Liga Mistrzów wkraczała w decydującą fazę.
Real trafił do grupy D, w której przyszło mu zmierzyć się z Rosenborgiem Trondheim, FC Porto i Olympiakosem Pireus. Cztery wygrane, jeden remis i jedna porażka pozwoliły zająć „Królewskim” pierwsze miejsce w grupie. W 1/4 finału czekał Bayer Leverkusen, który sprawił problemy paczce Heynckesa jedynie w pierwszym spotkaniu. Półfinał to kolejny niemiecki zespół, obrońca tytułu – Borussia Dortmund. Tym razem Real postanowił rozstrzygnąć wszystko w pierwszym meczu i na Bernabeu wygrał 2:0 po golach Morientesa i Karembeu. W rewanżu padł remis 0:0 i „Los Merengues” mogli sobie ostrzyć zęby na finał, w którym przeciwnikiem Realu był Juventus. „Juve” Marcelo Lippiego z Del Piero, Inzaghim, Zidanem, Deschampsem i Davidsem. „Los Blancos” zwyciężyli 1:0 po golu w 64. minucie zdobytym przez Predraga Mijatovicia. Real, który rozegrał słaby sezon w lidze, sięgnął po pierwszy od 1966 Puchar Europy.












