W środę na hiszpańskich boiskach odbyły się dwa zaległe spotkania. FC Barcelona na własnym boisku podejmowała Villarreal – mecz o nic, a do Sevilli przyjechał Real Madryt. „Królewscy” wciąż walczą o drugą lokatę, natomiast dla Andaluzyjczyków było to spotkanie o życie, o być albo nie być w europejskich pucharach.
Nowy trener
Sevilla w tym sezonie to najbardziej nieprzewidywalna drużyna w Hiszpanii. Z wielkimi zespołami potrafią rywalizować jak równy z równym (oprócz finału CdR z „Barcą”), zaś z tymi słabszymi zawodzą. Nierówna gra „Sevillistas” doprowadziła do kolejnej już zmiany trenera w tym sezonie.
Nowym szkoleniowcem został Joaquin Caparros i już w swoim pierwszym meczu jego nowy-stary zespół odniósł zwycięstwo. Andaluzyjczycy pokonali Real Sociedad 1:0 i utrzymali się w grze o europejskie puchary. Kolejnym rywalem podopiecznych Caparrosa był Real Madryt.
Katastrofalna gra w obronie
Real Madryt przyjechał do Sevilli w mocno zmienionym składzie. Od pierwszej minuty wyszli m.in. Kiko Casilla, Vallejo, Theo Hernandez, Ceballos, Kovacic czy Lucas. Zmiennicy wyglądali fatalnie. Nic dziwnego, że na co dzień nie grają w pierwszej jedenastce.
Obrona „Królewskich” grała koszmarnie. Najgorsi na boisku byli Vallejo, Theo i Ceballos. Grali nerwowo, mieli mnóstwo niedokładnych podań, zaliczali sporo strat, źle się ustawiali w obronie. Jednym słowem – dramat. Widać, że koszulka Realu Madryt jest dla nich o wiele za duża.
Sevilla natomiast dzięki ostrej grze zdominowali środek pola. W całym spotkaniu faulowali aż 17 razy. Dla porównania Real faulował tylko sześć razy. Podopieczni Zidane’a byli flegmatyczni, grali bez charakteru.











