Po takim meczu, jaki zaserwowała reprezentacja Polski z Rumunią, w teorii powinienem się cieszyć, bo otrzymałem to, na co czekałem. Widowisko, spotkanie wielkobramkowe, które nie było spowodowane wbijaniem nam goli. Ale nie, zadowolony nie jestem i pragnę uspokoić nadmierny entuzjazm. A być może jestem po prostu marudą.
Nic tak nie zakłamuje obrazu meczu jak czerwona kartka. Zwłaszcza uzyskana w początkowej fazie spotkania. Oszukuje widza, że jego drużyna gra pięknie, z ciągiem na pole karne, ma ciągły głód bramek. I może tak gra. Jednak wszystko zawdzięcza wybrykowi jednego zawodnika z drużyny przeciwnej.
Bo, mówiąc kolokwialnie, odcięło mu prąd. Chciał pomóc drużynie – trudno, nie wyszło. Zabrakło zimnej głowy, pojawiła się gorąca. Nieumyślnie zepchnął własny zespół do pozycji, z której ciężko wyjść. Nierzadko jest to zadanie niewykonalne pod napływem sił oponenta, bezlitośnie nacierających, chcących użądlić w przewadze. Za jednym idzie drugie, trzecie, czwarte. W opór. Tak też mieli z nami Rumuni.
Starymi rozwiązaniami nowe problemy
I całość może budować złudną optykę. „A może ta reprezentacja tak potrafi, mecz otwarcia nowego rozdziału pod starym pisarzem?”; „Dajmy selekcjonerowi czas, jego drużyna spisała się dziś dobrze”. Na moment wszystkie problemy znikają, stają się nieważne. Na uczucie rozczarowań poprzednimi meczami wpływa nowe, świeże, pozytywne. A przecież takie najbardziej lubimy.
Przemysław Frankowski stał się rozwiązaniem na problem, który sięga daleko za kadencję obecnego selekcjonera. Lewego obrońcy będącego na poziomie międzynarodowym nie mieliśmy od dawna. Niedawny eksperyment osadzenia Jakuba Kiwiora na boku zakończył się niepowodzeniem. Powrót do Tymoteusza Puchacza w trakcie jego niezwykłej i udanej przygody w azerskim Sabah Baku także nie został panaceum pozycji. Co prawda odczarował swoją łatkę „jeźdźca bez głowy”, pokazał się jako zawodnik dużo inteligentniejszy z przodu niż za poprzednim razem, ale piłka w Azerbejdżanie to piłka w Azerbejdżanie. Patrik Wålemark to obnażył. Aż w końcu trafiliśmy – Frankowski! Odkryty ponownie, podobnie jak Puchacz już kiedyś w narodowych barwach zawitał. Wcześniej nie zachwycał, lecz dziś, na rumuńską dziesiątkę wyszedł i pokazał, że lewą stroną nie trzeba się już zamartwiać. Uleczeni.
Obraz kadry zatarty
Robert Lewandowski był bardziej wyspany, zaadaptowany do innego czasu – idąc za selekcjonerskim głosem przed meczem. Wystrzelał się, zdobył pierwszego reprezentacyjnego hat-tricka od siedmiu lat. Powrócił do swojej najlepszej formy, wątpiące głosy zamilkły. Problemy w starciach fizycznych z rosłymi i bardziej muskularnymi Bośniakami stają się nieistotne. Nieudane przyjęcia piłki, niecelne podania, apatyczność – nieważne. Przynajmniej do następnego zgrupowania, bo na Bośnię i Hercegowinę napastnik nie wyjdzie. Ani w wyjściowym składzie, ani z ławki. Wykartkował się, najprawdopodobniej wróci teraz do USA.
Młodzi otrzymali swoją szansę. Zarzuty o brak szans dla przyszłości kadry Jan Urban może teraz swobodnie na konferencjach prasowych odpierać. Zadebiutowali Norbert Wojtuszek i Marcel Reguła. Jeden trochę starszy (24 lata), drugi trochę młodszy (19 lat). Kacper Urbański otrzymał swoje minuty, dwukrotnie więcej niż ze Szwedami – niegdyś melodia i główna twarz nowego pokolenia, dziś już nie aż tak, ale nadal jest jednym z najbardziej obiecujących nazwisk środka pola. Dowołany po kontuzji Jakuba Kamińskiego Oskar Pietuszewski wszedł na boisko. Także miał niedawno swoje problemy zdrowotne, powoli wraca do regularnego grania. Rysą pozostaje czołganie po trybunach Wojciecha Mońki, ale za jakiś czas się zatrze, nikt o tym pamiętać nie będzie – niestety.
Tak samo jak o tym, że reprezentacja Polski w pierwszej połowie, mimo czerwonej kartki Radu Drăguşina w 22. minucie, nadal pozostawała mozolna i niechętna. W porównaniu z dwudziestominutowym starciem 11 na 11 była minimalnie lepsza. Wtedy trudno było określić, która drużyna to spotkanie weźmie ze sobą. Faworyta nie było i pewnie jeszcze długo by tak zostało. Na jego wyjawienie się nie zanosiło, zwycięstwo mogło powędrować w obie strony. A Rumuni wcale tacy słabi nie byli, swoje sytuacje mieli i niejednokrotnie w 20 minut zdołali podjąć przyzwoitą próbę.
Lwia przysługa
Rumuńska kadra wyświadczyła nam przysługę. Przez chwilę można było poczuć, że coś tam umiemy kopnąć, podać, strzelić. Że piłkarskość jeszcze w tej drużynie kompletnie nie zanikła i nie jesteśmy (całkowicie) dziadami. Oczywiście – żeby tak pomyśleć, trzeba przymrużyć oczy i spojrzeć na niepełny obraz bez sprzyjających okoliczności. Ze Szwedami także można było to zrobić, wycinając z portretu spotkania drugą połowę, a w pamięci zachować pierwszą. Tak nie potrafię.
Mecz nie przyniósł rozwiązań, nie pokazał niczego nowego i fascynującego, nad czym mógłbym się rozpływać. Rzecz jasna, nie oglądało się go źle. Był grad bramek i akcji, deklasacja rywala na każdym polu, kolejne dobre występy dobrych graczy, których w kadrze przecież posiadamy. Ale to nadal nie jest to, czego oczekuję. Chciałbym zobaczyć reprezentację dominującą od pierwszej do ostatniej minuty, która gniecie swojego rywala niebędącego San Marino lub Litwą – choć z sąsiadami rok temu również swoje problemy mieliśmy.
Tytułowe przypudrowanie trupa, jakim jest drużyna selekcjonera ostatecznego (mała dygresja dotycząca poprzedniego tekstu i poprzednio zapisanych wniosków). Szybki powrót do rzeczywistości mogą nam zaoferować Bośniacy. Tym razem na swoim terenie, przed swoimi i dla swoich kibiców. Szwedów na Bilino Polje (stadionie ich reprezentacji) udało im się powstrzymać remisem, od nas lepszych o klasę. Więc jest może tutaj jakaś reguła. Mogą i nam dać popalić, bo słabi wszak nie są. Pojechali na mundial eliminując Włochów u siebie (!), w kadrze dysponują potencjałem, jakiego nie mieli od mistrzostw świata w Brazylii.
A może po prostu jestem marudą i powinienem choć raz przymknąć jedno i drugie oko, by poczerpać trochę przyjemności z oglądania kadry? W końcu sześć bramek nie zdarza się nam często, a cieszenie się reprezentacją – jeszcze rzadziej. Jednokrotny zachwyt raczej by mi nie zaszkodził. Ale cóż, nie potrafię.











