Pamiętacie stary brytyjski serial „Latający cyrk Monty Pythona”? Opisywał otaczający świat w sposób nietuzinkowy. Wyśmiewał go, szydził, hiperbolicznie ukazywał jego największe absurdy. I Jan Urban robi to samo, na swoim przykładzie naświetlając nonsensy polskiej myśli szkoleniowej. Tylko nie do końca o tym wie.
„Polska myśl szkoleniowa”. Ależ to jest piękne i plastyczne pojęcie. Zdolne do określenia wszelkich niedorzeczności rodzimej piłki. Trener nieudolny w przygotowaniu taktycznym? Przedstawiciel polskiej myśli szkoleniowej. Nieumiejętność w zarządzaniu zespołem i doborach personalnych? Przedstawiciel polskiej myśli szkoleniowej. Abstrakcyjne wypowiedzi, często prezentowanie syndromu oblężonej twierdzy? Ponownie, jeden z przedstawicieli najbardziej fascynującego nurtu w naszym futbolu. Poetyczne.
Jednak zdarza się to rzadko, by znaleźć na poziomie reprezentacyjnym szkoleniowca prawdziwie kompletnego, spełniającego wszystkie trzy warunki. Zarówno wątpliwego w warsztacie strategii boiskowej, jak i w predyspozycjach do kierowania grupą; w selekcji oraz w kontaktach z mediami. Aż w końcu trafiliśmy. Pojawił się kandydat na selekcjonera ostatecznego, który uosabia w sobie wszystkie punkty i punkciki najwspanialszej myśli, jakiej polska piłka widziała kiedykolwiek. Nie kto inny, jak Jan Urban.
Piłkarzu, graj tak, jak lubisz
Odhacza je starannie, jeden po drugim. Im dłużej trwa zgrupowanie, tym bardziej zagłębiamy się w prezentowany przez niego nurt. Skierowany raczej do najwytrwalszych, najodporniejszych na wybryki polskich szkoleniowców. Mnie – po dwóch spotkaniach – wymęczył potwornie i bezlitośnie. Z przykrością patrzę na preferowany przez selekcjonera futbol niemrawy, przygnębiający. Jednocześnie bez planu, ale i z planem – by obrzydzić reprezentację do granic możliwości.
To pierwsze nieumyślnie obnażył w wywiadzie Przemysław Wiśniewski, żołnierz kadry Urbana, poznany jeszcze za czasów Górnika Zabrze. – Świadomie odpuściłem Gyokeresa. Tak mnie uczyli we Włoszech, żeby w strefie brać zawodnika, który wchodzi, bo mi ciężko cofnąć się za zawodnikiem jako środkowemu obrońcy. Wypowiedź oczywiście dotyczy trzeciej straconej bramki w meczu ze Szwedami. Dość niefortunna, niechcący potwierdzająca, że każdy gra tak, jak powiedziano mu kiedyś w klubie.
Po tym, co widziałem, nie powinno mnie to dziwić. Pojawiają się pojedyncze przebłyski – takie jak druga połowa drugiej połowy w meczu ze Szwecją, z wyszczególnieniem akcji bramkowej. Nieświadczące o tworzeniu się kolektywu, suficie możliwości reprezentacji za selekcjonera. Bardziej o pewnego rodzaju nieudolności, bezradności sztabu. Każdy po swojemu.
Niemoc przejawia się także w wyborach personalnych; w leczeniu starych problemów starymi rozwiązaniami z nadzieją, że za drugim razem wypalą, i wymyślaniu nowych, jeszcze bardziej niedorzecznych. Ponowne umieszczanie Przemysława Frankowskiego na lewej obronie i próbowanie odkrycia na nowo Jakuba Kiwiora na tejże pozycji. Żonglowanie formacjami między trójką a czwórką obrońców, które tylko przysparza chaosu. Z Bartosza Slisza selekcjoner szczęśliwie się wyleczył – choć i tak potrzebował dodatkowych 45. minut do przekonania się, że toporny zawodnik z ligi duńskiej nie ozdrowi środka pola.
Koło się zatacza
Reprezentacja apatyczna zasmuca, z utworzonym obrazem drużyny rozsadzanej od środka. – Moim zdaniem nie jesteśmy w sytuacji, że dysponujemy nie wiadomo jakim potencjałem. Staramy się wyciągnąć jak najwięcej z tego, co mamy do dyspozycji – mówił Jan Urban kilka dni temu. Narracja, która powtarza się cyklicznie, gdy posada jest coraz bliżej końca – retoryka związanych rąk, „patrzcie, nic więcej nie mogę zrobić”. Imposybilizm, który u selekcjonera objawiał się już w Górniku Zabrze, tuż przy końcówce pracy. Później drastycznie obalony przez Michala Gašparíka.
Ten projekt w moich oczach był stracony już wcześniej. Tydzień temu dzieliłem się z Wami, iż polska kadra przestała mnie cieszyć; że zgrupowania to tylko odliczanie czasu do ich zakończenia. Po połowie rozegranych meczów wyłącznie się w tym utwierdziłem. W odpowiednich warunkach, przy normalnie działającym związku piłkarskim stwierdziłbym, że należy szukać zgubionej nadziei u nowego trenera. Na koniec męki czekają kibice zmęczeni selekcjonerem, piłkarze, u których zapewne także na próżno szukać optymizmu po ostatnich wypowiedziach ich szkoleniowca.
Mecz z Rumunią dla Urbana będzie decydujący, spotkanie z Bośniakami może być z kolei rywalizacją pożegnalną. I możliwe, że w jego miejsce przyjdzie kolejny, cudowny selekcjoner najostateczniejszy, który uleczy kadrę z trapiących ją od lat bolączek już w następnym zgrupowaniu. Tak jak wybrany przed rokiem w polskich biurach związkowych Jan Urban miał ozdrawiającym dotykiem pozbyć się dolegliwości po Michale Probierzu, wybranym przez te same biura w tym samym celu. Przez najbliższe lata będziemy kręcić się w pętli, która więzi nas od dawna.
Łudząco przypominającej „Latający cyrk Monty Pythona”. Tylko reprezentacja nikogo nie rozbawia. W serialu absurd był kontrolowany, fikcyjny, miał na celu zaśmianie się w twarz rzeczywistości. W kadrze nic nie jest pod kontrolą i nic nie jest fikcją. Śmieje się ona w twarz rzeczywistości, przy okazji samemu ją tworząc.











