Plan został wykonany. Real Madryt pokonał na El Molinon Sporting Gijon 0:3 i kontynuuje zwycięską serię. Bramki Di Marii, Ronaldo i Marcelo pozwalają zacząć myśleć o przyszłotygodniowym starciu z Barceloną.
Pierwsze minuty na El Molinon minęły głównie na walce w środku boiska. Obydwie ekipy chciały przejąć inicjatywę, jednak większość akcji była przerywana faulami, a piłka przeważnie znajdowała się w okolicach koła środkowego. Sporting czyhał tylko i wyłącznie na własnej połowie w oczekiwaniu na jakąś kontrę, ale zamknięcie się przed własnym polem karnym przynosiło efekty, bo „Królewscy” nie byli w stanie zorganizować akcji, która mogłaby zakończyć się bramką, choć przez zdecydowaną większość czasu utrzymywali się przy futbolówce. Dopiero w 11. minucie więcej miejsca z lewej strony miał Ronaldo, który ruszył w stronę bramki, bez problemu poradził sobie z defensorem, jednak jego zagranie wzdłuż bramki spokojnie wyłapał Juan Pablo.

Na kolejną ciekawszą, ofensywną akcję Realu Madryt czekać musieliśmy aż do 18. minuty, kiedy to znowu w roli głównej znalazł się Ronaldo. Portugalczyk świetnie rozegrał piłkę przed polem karnym gospodarzy z Khedirą i zdecydował się na strzał z dwudziestu metrów, jednak piłka przeleciała wysoko nad poprzeczką. Minutę później na dobre zagotowało się w polu karnym Sportingu. Lass wypatrzył na lewej stronie Marcelo, który bez problemu zwiódł obrońcę, dograł przed „szesnastkę” do wbiegającego Di Marii, a ten potężnym strzałem próbował zaskoczyć bramkarza rywala. Temu jednak udało się sparować piłkę w boisko.
Sporting, widząc, że Real zaczyna się rozpędzać, wziął się za jedyną rzecz, jaka mu dzisiaj wychodziła – atakowanie rywala tak szybko, aby ten nie miał czasu na rozegranie, nawet jeśli trzeba było się uciekać do nieczystych zagrań. Również arbiter dał się ponosić emocjom, bo rozdawał kartki jak na zawołanie, nawet dla graczy rezerwowych – Callejona i Bilicia. Jakby tego było mało, na trybuny został odesłany Rui Faria, trener od przygotowania fizycznego Realu Madryt.
W końcu nadeszła 34. minuta gry. Piłkę z lewej strony otrzymał Di Maria i choć stracił ją po niezbyt dobrym przyjęciu, to szybko ją odzyskał i wbiegł w „szesnastkę”, aby z bardzo ostrego kąta zdobyć pierwszą bramkę w tym spotkaniu. Cztery minuty później mogło być 0:2, bo bardzo dobrym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Ronaldo, ale do szczęścia zabrakło mu kilku centymetrów. Chwilę później Portugalczyk chciał się popisać piękną asystą po szybko rozegranej piłce z lewej strony, jednak wrzucił futbolówkę trochę za wysoko i nie był w stanie doskoczyć do niej Di Maria. Jak się okazało, była to ostatnia bramkowa szansa w pierwszej połowie, którą rozdaniem kilku kolejnych żółtych kartek zakończył Iturralde Gonzalez.











