Można piłkę kopać, wykopać, dokopać i przekopać. Ze schematu wyłamał się Mateusz Klich. Kopnął, ale nie piłkę.
Siedem bramek w meczu Pogoni Szczecin z Radomiakiem Radom rozgrzewa atmosferę do poziomu horrendalnego. I rozgrywają się sceny dantejskie, których głównym (anty)bohaterem został Ibrahima Camara, piłkarz Radomiaka, Gwinejczyk ściągnięty z portugalskiej Boavisty.
Pokłócił się z Alessandrem Ricciem, Włochem grającym w Pogoni, przy wznawianiu gry od środka. Ibrahima zdenerwował się na tyle mocno, że go kopnął – tak, kopnął. Z boiska zszedł z czerwoną kartką, ale błyskawicznie na murawę wrócił, lecz nie za pozwoleniem. Zrobił sobie dogrywkę z Darko Churlinovem. Tym razem użył rąk – uderzył go w głowę, komisja zawiesiła go na pół roku, a z portfela ubyło mu 50 tysięcy złotych. Na polskich boiskach zapewne już nie zagra, bo gdzie?
Piłkarski kickboxing
Doliczony czas gry, Wisła Kraków wygrywała z Cracovią 2:1. Rezultat dość spodziewany – jedni nad formą, drudzy pod formą; jedni w obecnym rozrachunku biją się nad strefą spadkową, drudzy walczą o strefę pucharową; u jednych trener lada moment pożegna się z posadą, u drugich szkoleniowiec ze spokojną głową może prowadzić zespół. Delikatny rozstrzał. W krakowskich derbach dostaliśmy powtórkę wydarzeń ze Szczecina. Rzecz jasna, nie tak brutalną. Mateusz Klich nie powtórzył jeden do jednego wyczynu Ibrahimy Camary, bo po wyrzuceniu z placu gry nie przywędrował na nią z powrotem i nie wymierzył kolejnego ciosu. Ale i tak pewną analogię zachował.
Z piłką zabiera się wiślak, Jeremy Guillemenot. Tuż za nim biegnie Mateusz Klich. Piłka przestaje go interesować, kopie Guillemenota, gdzieś w okolicach kolana. Frustracja? Bezsilność? Bezradność? Trudno stwierdzić. W tamtym momencie zdrowie Szwajcara zbytnio go nie obchodziło. Sam sport również, bo przecież nie jest zawodnikiem jednej z federacji MMA. Kopać może, ale piłkę.
Klich niewiele później próbował się wytłumaczyć z bandyckiego ataku. Mówił, że był w meczowym amoku, sterowały nim emocje i zmęczenie. Że umyślnie krzywdy przecież nie chciał mu zrobić, w co oczywiście nie wątpię. Padło również: „Myślałem, że włożyłem nogę między jego nogi”. W to już trudniej uwierzyć. Tak samo trudno, jak pomylić włożenie nogi w nogę z kopnięciem. Wspomniany amok musiałby być kolosalny. Po pleckach poklepał go Rafał Gikiewicz. Porównał sytuację Klicha do incydentu w finale mistrzostw świata w 2006 roku, gdy sprowokowany Zinedine Zidane zareagował siłowo na obelgi kierowane wobec jego rodziny ze strony Włocha, Marco Materazziego. U Klicha tego nie było, ale w końcu „Zidane też przyfasolił głową w trochę ważniejszym meczu”.
U zawodnika Cracovii, idąc tropem kary półrocznej dla Ibrahimy Camary, najprawdopodobniej nie skończy się na klasycznym czerwonokartkowym zawieszeniu. Przepisy przyzwalają na pauzę Polaka do pięciu meczów, choć niewykluczone, że może czekać go dyskwalifikacja czasowa.
Gdy na boisku przestaje chodzić o grę
I na polskich boiskach nie są to pierwsze takie sytuacje. W 2018 roku w mediach wrzało brutalne wejście Sławomira Peszki (wówczas Lechia Gdańsk), który skosił Arvydasa Novikovasa (wówczas Jagiellonia Białystok). Miał wtedy zemścić się za jeden z instagramowych wpisów Litwina o tym, że na mundial powinien pojechać nie on, a grający z nim w jednym klubie Przemysław Frankowski. Przestał grać, wymierzał sprawiedliwość. Peszko dostał trzy miesiące kary i 30 tysięcy złotych zawieszenia.
A lista jest dłuższa. Los poprzedników nie odstrasza dostatecznie nowych potentatów do miana brutala roku. Trzy lata temu Sokratis Dioudis powalił na ziemię Jordiego Sancheza (sześć meczów zawieszenia), w finałowym spotkaniu zeszłosezonowego Pucharu Polski Jonatan Braut Brunes w bestialski sposób zaatakował Lukasa Podolskiego, przejeżdżając mu po nodze metalowymi korkami. Który też święty nie jest, Niemiec ma na koncie m.in. uderzenie z pięści w brzuch Michaela Ameyawa (trzy mecze zawieszenia) czy – odchodząc na chwilę od ligi – wślizg z wyprostowaną nogą w turnieju charytatywnym. Potem rzucił piłką w twarz faulowanego, idiotyzm.
W Polsce karzą jednocześnie i surowo, i łagodnie. Surowo, bo pół roku przerwy da Ibrahimie Camarze do myślenia – albo i nie da, istnieją też jednostki niereformowalne, równie dobrze może wyjść za rok i wyczyn powtórzyć, już nie u nas. Łagodnie, bo kary najwyraźniej nie robią wielkiego wrażenia – niecałe dwa tygodnie później Mateusz Klich postanawia zostać w derbach nieprzepisowym Janem Błachowiczem.
A na takie sytuacje recepta zazwyczaj jest prosta i oczywista. Nałożyć większe sankcje na to, co każdego milionera zaboli bardziej niż rozłąka z ligowymi boiskami. Nie boli 30 czy 50 tysięcy, to może zaboli 100, 200 czy 500. Aż portfel skurczy się tak, że na boisku będzie wymagane myślenie. By kopnąć w piłkę, nie w przeciwnika.











