Zabrakło dosłownie kilku minut, aby w grupie F piłkarskiej Ligi Mistrzów sytuacja dla obrońców tytułu stała się może nie dramatyczna, ale przynajmniej kiepska. Co prawda to dopiero pierwsza kolejka, jednak gdyby Sporting zdołał utrzymać prowadzenie w meczu z „Królewskimi”, nietrudno byłoby sobie wyobrazić, by po drugiej serii gier Real pozostał z zerowym dorobkiem punktowym. Dlaczego?
Bernabeu rządzi się swoimi prawami
Co stałoby się, gdyby Sporting dowiózł zwycięstwo w stolicy Hiszpanii? Po drugiej kolejce miałby najpewniej na swoim koncie sześć punktów, bo nie wyobrażamy sobie, by podopieczni Jorge Jesusa mieli stracić punkty przed własną publicznością z Legią Warszawa. Real z kolei na mecz w Dortmundzie jechałby niejako z nożem na gardle. Powtarzane nierzadko tytułowe powiedzenie, że „90 minut na Bernabeu trwa bardzo długo”, znowu znalazło swoje odzwierciedlenie. Nikt tak jak Real nie upodobał sobie przeprowadzania słynnych w Hiszpanii remontad. W środowy wieczór doświadczyli tego piłkarze Sportingu.
Portugalczycy w pełni zasłużyli na komplet punktów. Pod absolutnie każdym względem. Nie przypominam sobie drużyny, która z taką swobodą i lekkością operowała piłką na Santiago Bernabeu w środku pola. Nie pamiętam, by Real miał aż takie problemy z wychodzeniem z futbolówką z własnej połowy. Wysoko postawiony pressing całkowicie zaskoczył Modricia i spółkę. Lizbończycy popełnili w Madrycie jeden błąd, który mógł jednak wynikać z jednego banalnego powodu – graczom Jesusa najzwyczajniej zabrakło pary. Błąd polegał na oddaniu pola madrytczykom po strzelonym golu. Błąd tak powszechny i powtarzany przez wiele ekip, wychodzących na prowadzenie w starciach z Realem. Kiedy Bernabeu poczuło krew, wszystko było jasne (przynajmniej dla mnie).
Real z każdą chwilą zyskiwał więcej przestrzeni, dzięki dezorganizacji gry wśród gości. Być może wynikała ona z tego, że sędzia wyrzucił w drugiej połowie na trybuny Jorge Jesusa. Lizbończycy w sposób najbardziej bolesny przekonali się o tym, że na takich obiektach jak Bernabeu o wyniku decydują detale. Niepotrzebny faul w samej końcówce doprowadził do cudownego gola z rzutu wolnego Ronaldo. Na sekundy przed końcowym gwizdkiem trzy punkty Realowi zapewnił z kolei Morata.
Panie Zidane, dlaczego tak późno?
Już w przerwie meczu można było zastanawiać się, który z rezerwowych w ekipie Zidane’a jako pierwszy pojawi się na boisku. Nie kiedy, lecz który. „Zizou” zwlekał jednak ze zmianami aż do 67. minuty, choć od początku drugiej części gry widać było, że cała ofensywna trójka nie jest w najlepszej formie. Z tercetu BBC do ostatniej minuty pozostał jedynie Cristiano. Bale’a zmienił Lucas, Benzemę – Morata. Już w pierwszej akcji po tych roszadach Ronaldo mógł znaleźć się w sytuacji sam na sam. Chwilę później swoją szansę miał Morata. Obydwaj wychowankowie Realu wprowadzili zdecydowane ożywienie w grze gospodarzy. Podobnie zresztą jak ostatni ze zmienników, James Rodriguez, który tym razem otrzymał od Zidane’a 15 minut. Dzisiaj francuskiemu trenerowi się upiekło, jednak legenda „Królewskich” musi się zastanowić, czy jest sens na siłę wystawiać od pierwszej minuty tercet BBC, kiedy Lucas czy Morata (a dodajmy, że na mecz w ogóle niepowołany był Asensio) aż tak rwą się do gry.










