Takiego startu Cracovii w Ekstraklasie nie spodziewał się chyba nikt. Pomimo sześciu porażek, włodarze klubu nie skreślili Rafała Ulatowskiego, który odwdzięczył się zwycięstwem w meczu z Arką. Trener gospodarzy bardzo obszernie komentował to spotkanie na konferencji prasowej
Chyba nareszcie może Pan ochłonąć po bardzo trudnym początku sezonu…
Muszę przyłączyć się do podziękowań, które Przemek jako rzecznik braci dziennikarskiej tu już złożył. Na pewno nie jest to normalna sytuacja w klubie, w którym trener przegrywa sześć meczów, a pojawiają się głosy poparcia dla trenera, żeby go nie wieszać, tylko jeszcze poczekać. Te sześć przegranych meczów to była doskonała lekcja życia dla mnie na określenie swojego charakteru – tego, że się nie poddaję i walczę do końca. Wierzę, że dzisiejszym zwycięstwem udało nam się wyjść z kryzysu. Chciałem się czuć jak gospodarz na tym stadionie, nie wyobrażałem sobie jednak, że zaliczymy tak słaby początek. Wiem, że moja rola jako gospodarza wisiała na włosku, ale dzięki uporowi, pracy, konsekwencji i przede wszystkim wierze udało się. Dla tych, dzięki którym miałem możliwość poprowadzenia zespołu, kieruję duże słowa uznania.
Jak się Panu podobało otwarcie nowego stadionu?

Stadion jest cudowny, a gdy 15 tysięcy gardeł zaśpiewało z Maćkiem Maleńczukiem hymn Cracovii, to mi aż łzy stanęły w oczach mnie jako pasiakowi od dwóch miesięcy, a co dopiero Wam, którzy życzycie klubowi dobrze od zawsze. To było niezapomniane wydarzenie. Cieszę się, że udało się nam pozytywnie wpisać w to piękne wydarzenie, jakim była cała ceremonia otwarcia i wygrać ten mecz.
Czy Cracovia zacznie teraz marsz ku górze tabeli?
Wierzę, że to nie jest nasze ostatnie zwycięstwo, przed nami jeszcze dużo pracy, jednak widać, że powoli zaczyna się coś wykluwać – w Gorzowie też wygraliśmy bez straty bramki, z Lechią przegraliśmy po bramce ze stałego fragmentu gry. Widać, że wspólnie pracują,c chłopcy wyciągnęli wnioski z tego spotkania, bo dzisiaj Arka w drugiej połowie miała kilkanaście stałych fragmentów gry. Przydał się tutaj wzrost przede wszystkim Marka Wasiluka, który był dla nas niczym wieża na szachownicy. Dziękuję też Darkowi (Pasiece – przyp. red.), że przyjechał i był świadkiem tego święta. Jesteśmy przyjaciółmi – mogę tak go nazwać – gdyż pomagamy sobie. Pamiętam, jak w zeszłym sezonie przyjechałem do Gdyni i przegraliśmy tam 1:2 po bramce Szmatiuka w 94.minucie, co dało mu w jakiś sposób odetchnąć i pozwolić uwierzyć w utrzymanie.











