W sezonie 2006/2007 okazało się to możliwe. Pomimo pięciu punktów straty do Barcelony, podopieczni Fabio Capello 17 czerwca 2007 roku po wygranej nad Realem Mallorca 3:1 mogli cieszyć się z tytułu mistrza Hiszpanii. Niemal wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się mówić „4 lata temu się udało, czemu teraz nie?”. Ano, są co do tego pewne wątpliwości.
Pierwszy matematyczno-statystyczny haczyk pojawia się w skuteczności najlepszych zespołów w Hiszpanii. W sezonie 2006/2007 po 28 kolejkach Barcelona miała na koncie 56 oczek, notując 16 zwycięstw, osiem remisów i cztery porażki. Real tracił do „Blaugrany” pięć punktów, a między tytanów La Liga dosyć niespodziewanie wepchnęła się Sevilla. Andaluzyjczykom szybko przytrafiło się parę wpadek (remisy z Racingiem i Mallorcą, porażki z Valencią i Realem), te nie ominęły także „Dumy Katalonii” (remisy na Camp Nou z Espanyolem i Betisem, porażka z Villarreal), przez co mistrzem został klub ze stolicy. Teraz na tym samym etapie sezonu widać wyraźną różnicę między odstającą dwójką a resztą stawki. Poza pierwszą kolejką i sensacyjnym rozstrzygnięciem spotkania FC Barcelona – Hercules Alicante, można powiedzieć, że Katalończycy nie tracą punktów w głupi sposób. Nieco częściej takowe straty przydarzają się „Królewskim”, przez co strata wynosi ni mniej, ni więcej tylko pięć punktów. Pozostałe kluby, ogólnie rzecz biorąc, spełniają rolę dressingu do dwóch dań głównych. Inna sprawa, że czasem ów dressing potrafi potrawę zdominować…

Po drugie: terminarz. Cztery lata temu, Real Madryt na 10 kolejek przed końcem czekały jeszcze wyjazdy do Santander, Bilbao, Huelvy i Saragossy. Mówiąc językiem klasyka – „Real miał wtedy parę ogórów do ogolenia”. Teraz podopiecznych Jose Mourinho czeka nie lada wyzwanie. Można powiedzieć, że najbliższe tygodnie zweryfikują formę podopiecznych „The Special One”. W ciągu niecałych dwóch miesięcy madrytczycy wybiorą się w podróż po Hiszpanii, odwiedzając tak znakomite stadiony jak Estadio Vicente Calderon (Atletico), Estadio San Mames (Athletic), Estadio Mestalla (Valencia), Estadio Ramon Sanchez Pizjuan (Sevilla) i El Madrigal (Villareal). Warto nadmienić, że wszystkie te drużyny obecnie zajmują w tabeli miejsca od trzeciego do ósmego. Teoretycznie, nieco mniej męczący terminarz wyjazdowy ma Barcelona, która zagra z Villarrealem, Realem Madryt, Realem Sociedad, Levante i Malagą. Oczywiste zatem jest stwierdzenie, że kwietniowe Gran Derbi może okazać się decydujące dla losów tytułu. Tak naprawdę, od tej pory każda kolejka może zaważyć o tytule, z czego świetnie zdają sobie sprawę zarówno Pep Guardiola, jak i Jose Mourinho.
Po trzecie i najważniejsze: aktualna dyspozycja. Wszyscy w Madrycie utrzymują, że forma na końcówkę sezonu już nadeszła. Buńczuczne odgrażanie się Barcelonie palcem wskazującym jest już niemal na porządku dziennym. Pompowanie tego balonika może okazać się dla nich zgubne, a po 17 kwietnia wręcz wstydliwe. Zresztą, na Santiago Bernabeu zasiądzie na pewno wielu kibiców „Blaugrany” odzianych w koszulki z napisami w stylu „La Manita”, co wywoła wspomnienia z listopadowego upokorzenia na Camp Nou. Barcelona też nie jest święta i mimo absolutnej dominacji w pierwszej połowie spotkania z Sevillą, nie potrafiła wywieźć z Andaluzji trzech punktów. W ten sposób potwierdziła utartą nie tylko w Hiszpanii, ale i w całej Europie opinię, że nie taki diabeł straszny jak go inne drużyny malują i można z Katalończykami grać na równym poziomie.
Czy można zatem wyobrazić sobie lepszy scenariusz?
(Fan Realu)
Tak. Real zwycięża po ciężkim boju z Barceloną na Santiago Bernabeu, „Blaugrana”, poza stolicą, gubi punkty w derbach z Espanyolem i sensacyjnie w ostatniej kolejce z Malagą. Real na wyjazdach zdobywa komplet punktów dzięki powrotowi Gonzalo Higuaina do składu. Cristiano zdobywa Trofeo Pichichi, Iker Cassillas spodziewa się potomka, a Marcelo postanawia nie obcinać włosów do końca kariery, przez co staje się drugim Ivanem Camposem. Podłamani Katalończycy przegrywają finał Pucharu Króla, a w finale Ligi Mistrzów…
(Fan Barcelony)
Oczywiście. Tęgie lanie na Santiago (trzybramkowe zwycięstwo „Barcy”), absolutna dominacja w finale Pucharu Króla, zwycięski marsz po tytuł w Lidze Mistrzów. Messi podpisuje dożywotni kontrakt z Barceloną pomimo oferty z Manchesteru City opiewającej na 500 milionów euro. Pep Guardiola wysyła świńskie SMS-y do Jose Mourinho, a ten w desperacji wyjeżdża z Madrytu do Kataru, trenować narodową drużynę tego kraju w polo.
(Fan piłki nożnej)
Oczywiście. Barcelona dominuje w lidze, Real wygrywa Copa del Rey oraz Ligę Mistrzów. Jose Mourinho i Pep Guardiola zostają przyjaciółmi. Cristiano pożycza swój magiczny żel Messiemu, ten w rewanżu przekazuje mu swój sok z gumijagód. Hiszpania zamienia się w krainę mlekiem, miodem i futbolem płynącą, a wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Powiem tak...Nie dlatego jestem fanem"KRÓLEWSKICH"od
pierwszej połowy lat 80tych,aby teraz zwątpić w
końcowy sukces na 10kolejek przed końcem;P...FANI
REALU-TRZEBA WIERZYĆ!!!
Racja!
Walczymy do konca panowie :-)