W jednym z najciekawszych, o ile nie najciekawszym meczu 12. kolejki Primera Division Villarreal podejmował u siebie Valencię. Emocji było co niemiara, jednak biorąc pod uwagę przebieg gry, wynik może zadowalać jedynie gości…
Mecz od dwóch zdecydowanych ataków lewą stroną boiska rozpoczęli goście z Walencji, jednak ich wykonawca, Pablo Hernandez, nie znalazł wsparcia partnerów i został zablokowany przez obrońców. Chwilę później skrzydłowy znalazł się już na prawej stronie boiska, skąd dobrze dogrywał w pole karne, gdzie znajdował się Aduriz. Sytuację wyjaśnił jednak Marchena, który – nawiasem mówiąc – przez wiele lat był zawodnikiem „Los Ches”. Po sporej przewadze, jaką na początku meczu osiągnęła Valencia, bardzo mocny strzał z dystansu, który mógł zagrozić bramce Moyi oddał Cani. Później, na przestrzeni minuty obydwa zespoły miały dobre okazje bramkowe po świetnych prostopadłych podaniach (w ekipie gości Aduriz, u gospodarzy Nilmar), jednak bramkarze obydwu drużyn przytomnymi wyjściami ratowali swoje zespoły przed stratą bramki.
W kolejnych minutach przewagę osiągnęli gospodarze, defensywnie ustawiona Valencia musiała odpierać sunące raz po raz ataki „Żółtej Łodzi Podwodnej”, której gracze rozciągali grę, a piłka nieraz przemieszczała się między nimi jak po sznurku. Przy próbie skonstruowania jednej z takich akcji Villarreal został jednak skarcony. Po odbiorze piłki w środkowej strefie, fantastycznym, długim podaniem do Joaquina popisał się Maduro. Prawoskrzydłowy gości dośrodkował w pole karne do Aduriza, który wygrał pojedynek z obrońcą i wpakował piłkę do bramki gospodarzy. 0:1 na Madrigal! Chwilę później po dobrym podaniu Caniego strzału z ostrego kąta spróbował Rossi, ale piłka trafiła w boczną siatkę. W kolejnych minutach obraz gry nie zmienił się, gospodarze atakowali, nieraz nawet z rozmachem, jednak Valencia dzielnie się broniła, ograniczając się do kontrataków, które dwukrotnie mogły skończyć się dla graczy Garrido bardzo źle, gdyby nie przytomność Diego Lopeza.
Villarreal szukał bramki również w ostatnim kwadransie pierwszej połowy, około 32. minuty bliski pokonania Moyi był Cazorla, którego strzał po rykoszecie mało nie wpadł za kołnierz golkiperowi gospodarzy. Trzy minuty później chyba najlepszą sytuację w meczu miał Capdevilla, który po ograniu Bruno znalazł się praktycznie sam na sam z bramkarzem rywala, jednak strzelając wprost w niego, potwierdził tylko, że miał dzisiaj dużą ochotę do gry. Zawodnik ten kilka minut później zrehabilitował się jednak zdobywając bramkę po świetnym podaniu Cazorli, jednak asystent sędziego dopatrzył się w tej sytuacji spalonego i gola nie uznał. Kilkadziesiąt sekund później kolejną okazję na doprowadzenie do wyrównania miał Cani, którego soczysty strzał z dystansu zatrzymał się jednak na bandzie reklamowej tuż koło słupka. Sędzia nie popisał się również w ostatnich sekundach pierwszej odsłony, kiedy nie odgwizdał oczywistego spalonego Joaquina, po strzale którego Lopez sparował piłkę na rzut rożny. Tuż przed gwizdkiem fantastyczną akcję przeprowadził jeszcze Capdevilla, który ośmieszył pilnujących go defensorów, przedarł się w pole karne i płasko podał do Cazorli, który jednak strzelił minimalnie obok spojenia bramki Moyi.










