W naszym narodowym produkcie eksportowym, T-Mobile Ekstraklasie (w końcu Albańczycy mogą sobie obejrzeć na Eurosporcie w poniedziałkowe popołudnie spektakle rodem z naszych stadionów), nie tak dawno zakończyła się pierwsza runda. Do tego zbliżają się święta i koniec roku, więc nastał idealny moment na podsumowania.
Trzeba przyznać, że runda jesienna przyniosła kilka ciekawych zdarzeń. Mimo że poziom ciągle pozostawia wiele do życzenia, to jednak idziemy do przodu i możemy pochwalić się dwoma klubami, które awansowały do wiosennych faz europejskich pucharów. Nie wszędzie było jednak tak dobrze.
Wyrzućmy trenera, zostawmy nieudaczników

Czym byłaby nasza ekstraklasa bez karuzeli trenerskiej? No właśnie. Prezesi klubów wyszli naprzeciw tradycji i zwalniali szkoleniowców z regularnością szwajcarskiego zegarka. Gorzej, że ci, którzy powinni zostać wyrzuceni dyscyplinarnie, mają się całkiem nieźle, a niektórzy, którym przydałoby się trochę dodatkowego czasu, zostali przegnani bez żalu. Refleksem szachisty, a później nadgorliwością popisali się działacze Lechii Gdańsk. Najpierw przez długi czas byli głusi na tragiczne wyniki i błagania kibiców (no, może nie błagania, „Precz z Kafarem” brzmi raczej jak rozkaz), a gdy już zwolnili Kafarskiego, to raczej z braku innego pomysłu zatrudnili Rafała Ulatowskiego, który chyba sam już nie pamięta, kiedy mu dobrze szło. Skoro już jednak zakontraktowali „polskiego siostrzeńca Leo”, to mogli chociaż udawać, że traktują go poważnie. Zwolnienie po czterech meczach temu przeczy.
Ze stołka poleciał również Robert Maaskant. Przykład Holendra pokazuje, jak szybko w polskim bagienku z pół-Boga można stać się zerem. Gdy Wisła zdobywała mistrzostwo, a Patryk Małecki zwiedzał stadion rowerem zza pleców swojego zwierzchnika, to Maaskant wprowadzał europejskie trendy, wszystko wyglądało genialnie i w ogóle to Liga Mistrzów była na wyciągnięcie ręki. Kiedy ogrywał Skonto i Liteks, dalej był wielki. Kiedy Wiśle zabrakło kilku minut i kilku klas do ogrania APOEL-u, to wszystkich nagle oświeciło – toć to dyletant! Gwoździem do trumny był mecz z Cracovią, Robert najwyraźniej nie znał powiedzenia „Bóg wybacza, Cupiał nigdy” i bredził o dobrej grze. Wyleciał. W sumie zasłużenie. Oczywiście byłoby fajnie, gdyby klub miał jakiś plan, jak go zastąpić, a jeśli takowego nie posiadał, to trzeba było go pozostawić na stanowisku. Chyba nikt oprócz grona naiwniaków nie wierzy, że Kazik Moskal to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu.
Poleciał jeszcze Probierz za kompromitację z Irtyszem (chciałoby się powiedzieć największą w historii, ale zaraz sobie człowiek przypomina Levadię, Karabach, Dynamo Tbilisi i inne Cementarnice Skopje) i w sumie nieźle na tym wyszedł, bo zamiast trenowania Plizgi czy Skerli może sobie obecnie pozwolić na odsuwanie od drużyny Nery’ego Castillo. Poleciało kilka anonimów z ŁKS-u, w Łodzi przelotem pojawił się wspomniany Probierz, a obecnie w rolę ratownika-cudotwórcy stara się bawić Ryszard Tarasiewicz. Pewnym ograniczeniem dla cudów może być brak umiejętności zamiany chleba w pieniądze (czy jak to szło). Wśród wyrzuconych można jeszcze wymienić Jana Urbana (ale o Zagłębiu później), Jurija Szatałowa (o Cracovii też później, podtytuł „Nieudacznicy”) czy Czesława Michniewicza, tylko dlaczego nie Jose Bakero?! Pozostawienie na stanowisku marnego trenera, jakim niewątpliwie jest Hiszpan, to jawny strzał w stopę w wykonaniu działaczy Lecha Poznań. „Lokomotywa” w nadziei na lepsze jutro coraz bardziej staje się średniakiem z wybitnym Rudniewem. No właśnie, Rudniew. Łotysz jest jedynym powodem, dla którego warto oglądać mecze „Kolejorza”, no i dzięki któremu Bakero jeszcze nie został zwolniony dyscyplinarnie. To, że zostanie najdroższym piłkarzem w historii ligi, jest niemal pewne, to że jest znakomity, wiedzą wszyscy, więc nie ma co się dłużej o nim rozpisywać.











