Stabilizacja finansowa, sprzedaż klubu prywatnemu właścicielowi i bomby transferowe, które przewietrzyły szatnię. Te rzeczy miały przynieść Koronie Kielce przepustkę do spokojnego środka tabeli, a nawet marzeń o czymś więcej. Niedawna rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Ostatnie tygodnie wokół „Scyzorów” są burzliwe. Kryzys taktyczny, błędy w ofensywie i odpadnięcie z Pucharu Polski to czynniki, które słusznie wywołują frustrację u kieleckich sympatyków. Pod lupę weźmiemy dwie ostatnie kompromitacje – pucharowe starcie z Polonią oraz poniedziałkowy mecz z lubińskim Zagłębiem.
Pucharowy wstrząs i pudło wszechczasów
Po blamażu w Poznaniu i przegranej 1:6 z tamtejszym Lechem przyszła delikatna rehabilitacja na swoim stadionie, już pod wodzą Roberta Kolendowicza – wygrana z GKS-em Katowice 1:0. Wydawało się, że Korona wróciła na dobre tory, a środowe starcie w Pucharze Polski z Polonią Warszawa będzie formalnością. Kielczanie zaserwowali jednak swoim kibicom kubeł lodowatej wody w środku tygodnia.
Festiwal kuriozalnych sytuacji otworzył Marcel Pięczek, trafiając w 27. minucie do własnej siatki. Korona przejęła inicjatywę, a Mariusz Stępiński miał dwie stuprocentowe szanse. Można by pokusić się o stwierdzenie, że druga z nich była dwustuprocentowa. Polski napastnik podjął wtedy absurdalnie niedorzeczną decyzję. Wielu obserwatorów słusznie stwierdziło, że to jedno z największych pudeł, jakie widzieli na oczy. Pusta bramka i żadnej presji ze strony, lecz snajper nie znalazł drogi do siatki. Futbolówka bowiem jakimś cudem została zablokowana przez stopera stołecznego klubu.
Druga połowa rozpoczęła się od drugiego ciosu gospodarzy. Prowadzenie Polonii podwyższył były piłkarz Korony – Kacper Kostorz. Gości jednak stać było tylko na honorowe trafienie. Daniel Bąk wpisał się na listę strzelców. Przedwczesna porażka 1:2 w kompromitującym stylu była bardzo gorzką pigułką do przełknięcia, lecz szansa na rehabilitację nadeszła w poniedziałek podczas ligowego starcia w Lubinie z Zagłębiem.
Posiadanie dla posiadania – lubiński paraliż
Apogeum bezradności dobiło jednak do zenitu w Lubinie. W związku z wątpliwym występem Mariusza Stępińskiego przeciwko Polonii, trener Kolendowicz postanowił dać szansę Danielowi Bąkowi od 1. minuty. Ta zmiana personalna na niewiele się zdała. Rehabilitacja nie nadeszła, a wyjazdowa niemoc została podtrzymana. Korona po raz kolejny sama się skarciła. Już w 4. minucie sprezentowała przeciwnikowi bramkę. Tym razem do swojej siatki piłkę wpakował Ariel Mosór.
To, co się działo w następnych 86 minutach, przejdzie do historii jako absolutny pokaz niemocy i bezradności. Kosmiczne, 75-procentowe posiadanie piłki. Zawodnicy z Kielc posłali w pole karne rywali 42 dośrodkowania, z czego celnych było… siedem. Zagłębie, ustawione w niskim bloku, skutecznie odpierało ataki gości i nie pozwoliło na skonstruowanie dogodnej szansy. Akcje Korony konstruowane były bowiem w ślamazarnym tempie, wręcz na stojąco. Wprawionych w defensywie „Miedziowych” nie dało się zaskoczyć w ten sposób. Brakowało prostopadłych podań, przyspieszenia gry lub nawet indywidualnego błysku. Korona po raz kolejny wróciła do Kielc z niczym, a frustracja wśród sympatyków wzrasta.
Co zawodzi?
Głównym problemem Korony stał się atak pozycyjny, gdy rywal cofa się głęboko i oddaje inicjatywę Kielczanom. Korona potrafi zdominować przeciwnika pod względem posiadania piłki, lecz jest to zupełnie bezproduktywne. Rozegranie akcji toczy się w monotonnym i czytelnym tempie, przez co rywale nie mają większych problemów z czytaniem i przecinaniem podań. W grze złocisto-krwistych brakuje kreatywności, gry na jeden kontakt i elementu zaskoczenia, który rozmontowałby defensywę rywala. Piłkarze w formacji ofensywnej wyglądają tak, jakby panicznie bali się wychodzić za pewne strefy, co tworzy przewidywalne warunki dla stoperów.
W momentach kryzysowych na boisku ujawnia się wyraźny brak boiskowych liderów oraz głęboka blokada mentalna całego zespołu. Gdy mecz nie układa się po myśli podopiecznych Roberta Kolendowicza, w ich poczynania błyskawicznie wkrada się strach przed podjęciem ryzyka. Zawodnicy unikają wchodzenia w pojedynki jeden na jeden i wolą pozbyć się odpowiedzialności, oddając piłkę najbliżej stojącemu koledze. Ta paraliżująca ostrożność w kluczowych strefach podbramkowych, połączona z rażącą nieskutecznością pod bramką rywala, sprawia, że drużyna traci wiarę w możliwość odwrócenia losów spotkania.
Mieliśmy przewagę, duże posiadanie, dużo wejść w pole karne, ale mieliśmy za mało konkretów, aby zdobyć gola. To duże rozczarowanie. Chcemy zacząć punktować. W sobotę nasza dyspozycja musi być bardziej skutecznaRobert Kolendowicz po meczu z Zagłębiem Lubin
Całość problemów dopełnia katastrofalny brak koncentracji w formacji defensywnej, który regularnie niweczy przedmeczowe założenia taktyczne. Korona ma ogromny problem z mentalnym wejściem w spotkanie od pierwszego gwizdka arbitra oraz z utrzymaniem pełnej czujności w tyłach przez całe dziewięćdziesiąt minut. Korona często traci koncentrację w obronie na początku lub na samym końcu meczu. Seryjnie powtarzające się, proste błędy indywidualne obrońców oraz brak boiskowego wyrachowania sprawiają, że zespół na własne życzenie serwuje rywalom prezenty. W efekcie Kielczanie zamiast kontrolować przebieg wydarzeń, wprowadzają między swoje szeregi stres i częste gonienie wyniku.
Kolejna szansa na rehabilitację
Kibice tracą cierpliwość, lecz kolejna szansa na rehabilitację nie mogła być z lepszym rywalem. Jeden z głównych wrogów Korony, z którym mecze zawsze rozgrzewają atmosferę, Radomiak Radom przyjeżdża do Kielc już w sobotę. O 12:15 dojdzie do starcia kielecko-radomskiego. Dla Korony to idealna okazja do odkupienia win za pucharowy blamaż i lubińską niemoc. Rywale z Radomia przyjeżdżają podbudowani zwycięstwem nad Śląskiem Wrocław, co tylko podkręca temperaturę spotkania. Do składu wraca również jeden z najlepszych graczy gospodarzy – Wiktor Długosz.
Jeśli jednak taktyczny paraliż w ataku i dawanie prezentów w obronie powtórzą się w starciu z odwiecznym rywalem, kieleckie trybuny rozwścieczą się jeszcze mocniej. Sobotnie południe da jasną odpowiedź: albo zobaczymy charakter i „mecz założycielski” Korony, albo kolejny pokaz marazmu i jasny sygnał, że środek tabeli to maksimum.











