Zinedine Zidane – tego człowieka nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Legendarny piłkarz Juventusu Turyn oraz „Królewskich”, a obecnie trener tej drugiej ekipy. Kiedy został zaprezentowany w nowej-starej drużynie, miał niełatwe zadanie do wykonania. Musiał zastąpić Rafaela Beniteza, pod którego wodzą nic nie układało się „Los Galacticos”. Przez półtora sezonu, kiedy prowadził Real Madryt, nic nie wskazywało na nagły kryzys. Przecież Cristiano Ronaldo razem z Garethem Balem kiwali obrońców jak chcieli, a Karim Benzema imponował skutecznością. Często jednak potrzebny był Alvaro Morata, który ratował tyłek Realowi, strzelając bramki w doliczonym czasie gry.
Co może być przyczyną kryzysu triumfatorów Champions League i czy Zidane potrafi sobie z nim poradzić? Czy jego pierwszy kryzys jest testem rzeczywistych umiejętności trenerskich?
Świetny początek Zidane’a jako trenera „Królewskich”
Francuz miał świetny start w drużynie. W pierwszym sezonie, a właściwie jego połowie sięgnął po puchar Ligi Mistrzów, wygrał klubowe mistrzostwa świata oraz Superpuchar UEFA. Czyli osiągnął wszystko na arenie międzynarodowej, ale jednocześnie nic w Hiszpanii. Krótko mówiąc, nikt nie dostrzegał wad w jego sposobie szkolenia.
W drugim sezonie jako pierwszy trener znów wygrał Ligę Mistrzów, a więc został jedynym trenerem, który dokonał to dwa lata z rzędu, a jego drużyna została jednocześnie klubem, który również podniósł dwa puchary Champions League w dwa lata. Do tego Francuz doliczył mistrzostwo Hiszpanii, więc kampania 2016/2017 była rajem mlekiem i miodem płynącym dla kibiców Realu.
Tak kolorowo nie jest w tym sezonie. Wszyscy bukmacherzy byli pewni zaciętego boju o mistrzostwo lub praktycznie zdobycie go z palcem w nosie. Takie przemyślenia były wywołane brakami kadrowymi FC Barcelona, która latem straciła Neymara.
Jednak mimo tak wielkiej i bolesnej straty „Blaugrany” Ernesto Valverde okazał się fenomenalnym wyborem zarządu z Camp Nou. Hiszpan doskonale poskładał drużynę, miał swoją taktykę, która przynosiła efekty. Jego wisienką lub, jak kto woli, truskawką na torcie jest dostosowanie do gry Andresa Iniesty. Hiszpan regularnie opuszcza plac gry w 70. minucie, zamiast rozgrywać co drugi mecz, jak to było za czasów Enrique.
Wróćmy jednak do stolicy Hiszpanii, gdzie jest bardzo zimno. W połowie sezonu podopieczni Zidane’a praktycznie stracili szansę na mistrzowską paterę, przegrywając El Classico z wcześniej wymienioną Barceloną. Był to przecież mecz o tzw. sześć punktów, mogli znacząco przybliżyć się do rywali. W ostatnią niedzielę Real nie zrobił dobrego, a nawet żadnego wrażenia w meczu z Celtą Vigo (2:2). Ich gra była fatalna, chyba myśleli, że grając na stojąco, ugrają trzy punty.
Ten mecz wyglądał, jakby zawodnicy nie wierzyli w siebie, że mogą odrobić jeszcze 14-punktową stratę, a po tej kolejce już 16-punktową. Warto tutaj przypomnieć, że czeka ich jeszcze jedno zaległe spotkanie, którego nie mogli rozegrać ze względu na uczestnictwo w klubowych mistrzostwach świata. Choć ten jeden zaległy mecz wydaje się mieć małe znaczenie w kontekście przyszłości.











