Mimo że do zakończenia pierwszej serii spotkań w lidze hiszpańskiej pozostało jeszcze sporo czasu, częstotliwość rozgrywania meczów niejako wymusza przygotowywanie wszelakich podsumowań w okresie jedynej przerwy w sezonie. To będzie dotyczyło głównie pojedynczych piłkarzy.
W poprzednim sezonie Jose Maria del Nido, sternik Sevilli, przy każdej okazji atakował Real i Barcelonę, zarzucając im monopolistyczne zapędy, bezrozumną politykę i brak zrozumienia dla innych drużyn Primera Division. Jego narzekania przyniosły efekt – pieniążki z tytułu praw telewizyjnych będą rozdzielane ciut sprawiedliwiej. Hiszpan może snuć plany budowy wielkiej Sevilli opartej o graczy uznanych i szanowanych na całym futbolowym świecie. I pewnie to robi, bo bez tego by zwariował, patrząc na Real i Barcelona, którzy znów przerobili Primera Division w osobisty wyścig. Więcej! To dwaj piłkarze przerobili ligę w arenę prywatnych zmagań.

Gwiazdy największe
Cristano Messi bądź Lionel Ronaldo. Ci dwaj panowie są jak samonapędzająca się maszyna. Ronaldo ustrzeli dublet – Messi robi to samo. Hattrick za hattrick, gol za gol. Czyste szaleństwo. Wskazanie, który z nich jest lepszy, jest niezwykle trudne i tak mocno subiektywne, jak to tylko możliwe. Człowiek ogląda mecz Realu, widzi, jak Portugalczyk o posturze tura strzela dwa gole i przy kolejnych dwóch asystuje i myśli: „Jest najlepszy na świecie”. Potem ogląda spotkanie Barcelony, w którym Argentyńczyk o posturze pchły robi dokładnie to samo i myśli: „O co tu chodzi?!”. Primera Division jest obecnie areną najwspanialszego indywidualnego wyścigu dwóch piłkarzy od czasów tak zamierzchłych, że już nieistotnych. Niezależnie od tego, który z nich ten wyścig wygra, będzie się o nich mówiło jeszcze długo. Przegrany będzie wściekły, ale w duchu przyzna, że był po prostu słabszy. I nie będzie to dla niego powód do wstydu.
Gwiazdy całkiem spore
Gdy zapomnimy o dwóch wspomnianych panach, a także o stale błyszczących Xavim, Inieście, Kunie czy Casillasie, znajdziemy kilku naprawdę ciekawych graczy, którzy wreszcie wspięli się na szczyt.
Pierwszy z nich to Fernando Llorente. Gdybym miał za zadanie przygotować najlepszą jedenastkę ligi, to byłby jedyny gracz spoza duetu gigantów, który miałby w niej pewne miejsce. Z każdym meczem „Lew” z Bilbao przekonuje o swojej wyjątkowości. Już jest najlepszym napastnikiem Hiszpanii. Transfer do Realu umożliwiłby mu walkę o najwyższe klubowe trofea. Madryt go pragnie. Perez nie śpi po nocach, wykrzykując imię Baska, Valdano pilnie uczy się baskijskiego, by zaimponować snajperowi, Mourinho już przygotowuje mu miejsce w drużynie, podkopując pozycję Benzemy (który albo strzela hattricki, albo gra tak słabo, że aż przykro patrzeć), madryccy reprezentanci kraju przy każdej okazji wspominają mu, jak fajnie jest w stolicy. Drugi to . Już w poprzednim sezonie błyszczał, ale, nie wiedzieć czemu, poza Hiszpanią wszyscy traktowali jego wyczyny jako szaleństwa rezerwowego pod nieobecność pierwszego bramkarza. Tak naprawdę, to David pierwszym golkiperem Atletico jest już od przeszło roku – Sergio Asenjo, talent niemal równie wielki, siedzi na ławce i udaje, że go nie ma. De Gea to piłkarz, który potencjalnie jest w stanie osiągnąć poziom Casillasa, czyli poziom najwyższy z możliwych. W tym sezonie swoją ekipę ratował tyle razy, że wreszcie przestano się o mówić jak o utalentowanym dzieciaku. Teraz jest on po prostu czołowym zawodnikiem na swojej pozycji na świecie(!). Kolejny – . Włoch urodzony w Stanach Zjednoczonych z piłkarskim CV obejmującym między innymi Manchester United wreszcie wypalił. Gdyby nie istniały Barcelona i Real, razem z Nilmarem stanowiliby najlepszą parę napastników La Liga. Rossi gra w piłkę naprawdę dobrze. Futbolówkę rozgrywa mądrze, jest szybki, silny i inteligentny. Dużo widzi. Ogólnie fajny z niego piłkarz. Następne wyróżnienie będzie grupowe, dla kolegów Rossiego zajmujących środkową strefę boiska w Villarrealu. to właściwie jeden perfekcyjnie działający organizm. Ciężko powiedzieć, jaka jest nominalna pozycja każdego z panów. Wiemy tylko, że Bruno jest najbardziej cofnięty, a Santi najbardziej wysunięty. W czasie meczu wszyscy czterej przemieszczają się z jednego skrzydła na drugie, siejąc popłoch w szeregach rywala. Nic dziwnego, że trzech z nich już regularnie grywa w koszulce „La Seleccion”. niemal w pojedynkę utrzymuje Getafe w strefie europejskich pucharów. Każda akcja „Los Azulones” przechodziła przez jego nogi. Na skrzydle dzielnie pomagał mu , za plecami , a w ataku , ale gdyby Manu zabrakło, ta układanka prędko by się rozsypała. Hiszpan nie jest klasycznym mediapuntą, czyli podwieszonym napastnikiem. Jest kimś jednocześnie rozgrywającym, broniącym, atakującym i dyrygującym. Jest Xavim Hernandezem Getafe. Ostatni wyróżniony to piłkarz, który zaskoczył wszystkich. jeszcze rok temu przewracał się o własne nogi, grając na lewej obronie Realu Madryt. Teraz zaszaleje na skrzydle w drużynie beniaminka La Liga z Alicante. Chociaż nie wyzbył się nieskoordynowanych ruchów, chociaż ciągle zdarza mu się przegrać pojedynek z własnymi kończynami dolnymi albo z murawą, wreszcie gra naprawdę dobrze. Jest autentycznym liderem Herculesa, jego motorem napędowym. Jego rajdy lewym skrzydłem i idealne dośrodkowania na głowę albo nogę będą pewnie kluczem do utrzymania się w najwyższej klasie rozgrywek. A potem co? Pewnie powrót do „Los Blancos”. „Marca” już ponad miesiąc temu ogłosiła, że klub odzyska Holendra. Sam piłkarz nie widzi siebie w innym klubie. Na pewno nie wróci już do obrony. Uzupełni madrycki kwartet skrzydłowych.












