Jak kto woli – Legia zaskoczyła, bądź nie. Spodziewałem się (i pewnie nie tylko ja) czegoś zupełnie innego, ale patrząc przez pryzmat ostatnich lat rodzimej piłki w pucharach, wynik z St. Patrick’s w sumie nie dziwi. Wszyscy myśleli, że Superpuchar z Zawiszą to był tylko wypadek przy pracy. Okazuje się, że problem jest chyba nieco większy.
Optymizm przed eliminacjami budził przede wszystkim fakt, że „Wojskowi” mieli świetną wiosnę i praktycznie rozjeżdżali rywali, a mistrzostwo było przyznane już na kilka kolejek przed zakończeniem ligi. Z zespołu nie odszedł nikt, kto stanowił o sile napędowej zespołu, a dokooptowani zostali między innymi Piech i Lewczuk – solidni ligowcy. Trener Berg dobrze złożył części układanki, czego potwierdzeniem była właśnie miniona wiosna. Żyro wzniósł się na wyżyny, Vrdoljak w końcu zaczął grać jak przystało na środkowego pomocnika, a zarazem kapitana, Radovic jak zwykle był genialny (jak na polskie warunki), a Kuciak praktycznie bez błędów zabezpieczał bramkę. Sporo świeżości wniósł również pozyskany zimą Duda, który dobrze pokazał się przez kilka miesięcy gry. Legia zaczęła nabierać fajnych kształtów, można było dostrzec pomysł na grę i pewną jakość, której w Polsce ogólnie brakuje. Dlaczego jednak wszystko się posypało?
Zawisza to mógł być przypadek, St. Patrick’s trochę mniej, ale wtopa na własnym stadionie z beniaminkiem to już było za dużo. Potwierdzeniem fatalnej formy drużyny i fali krytyki, która na nią spłynęła, może być dezercja Jakuba Rzeźniczaka z mediów społecznościowych, który zdaje się nie wytrzymał hejtów z każdej możliwej strony. Ciężko wskazać ogniwa, które zawiodły gdyż na wysokości zadania nie stanął praktycznie nikt. Oglądając mecz z Irlandczykami, można było odnieść wrażenie, że Legia nie ma siły albo zupełnie jej się nie chce. Jest jeszcze trzecia możliwość – zlekceważenie rywala. Nie przekonują mnie słowa trenera, który oznajmił, że optymalna forma przyjdzie za dwa, trzy tygodnie. Po tym czasie drużyny może nie być już w Europie, a to przecież, o ile się nie mylę, jest nadrzędny cel zarówno piłkarzy, jak i prezesa Leśnodorskiego. Ten mecz – bez zupełnej szydery – przypominał pojedynek Dawida z Goliatem, mając na uwadze finanse obu klubów, infrastrukturę czy samych zawodników. Po raz kolejny okazało się, że żadna z powyższych rzeczy nie pomoże na boisku. Piłkarze St. Patrick’s wyszli z większymi chęciami, zaangażowaniem i mogli wygrać przewagą co najmniej dwóch bramek (zachwycali szczególnie w pierwszej połowie gry). Dla nich ten wynik to mimo wszystko – jak mawia Roman Kołtoń – zwycięski remis.
Co można powiedzieć o Legii? Najbardziej raził środek pola, którego tak naprawdę nie było w tym meczu widać. Największą bolączką tej drużyny jest przede wszystkim jednak brak dobrego, rasowego napastnika. Drużyna dysponuje między innymi Saganowskim, Piechem czy Orlando Sa (nie liczę Dwaliszwiliego, gdyż to od dawna jest pomyłka), jednak żaden z nich nie gwarantuje jakości w walce o fazę grupową Champions League. Skrzydłowi w postaci Koseckiego czy Michała Żyro nie tworzą realnego zagrożenia pod bramką rywali. Ten pierwszy w meczu z Bełchatowem został wręcz przyćmiony przez braci Maków, którzy bez najmniejszych kompleksów grali na Łazienkowskiej.











