Po zdecydowanie zbyt długiej przerwie wracamy z cyklem publicystycznym „Na trybunie”. Na pierwszy ogień poszedł na nowo rozgrzebany przy okazji sprawy Maora Meliksona problem przynależności narodowej reprezentantów Polski.
W dyskusji udział wzięło trzech dżentelmenów: Maciek Deja, sekretarz redakcji iGola, aktualny szef działu ligi polskiej, Łukasz Grabowski, oraz jego poprzednik Kuba Białek. Pytania zadawał Piotrek Dyga, szef igolowej publicystyki.

Piotrek: Na rozgrzewkę pytanie natury nieco filozoficznej i nieco egzystencjalnej. Panowie, jak to możliwe, że nasi rodzimi futbolowi działacze, nasi trenerzy i nasze media mdleją z podniecenia, gdy jakiś przeciętny kopacz polskiego pochodzenia napomyka o możliwości gry w biało-czerwonej koszulce? Cudze chwalimy, swego nie znamy, sami nie wiemy, co posiadamy itd.?
Maciek: Potencjał polskiego piłkarstwa jest tak słaby, że nie należy dziwić się mediom i ludziom z PZPN-u, że każdy zawodnik, mający jakiekolwiek związki z Polską, jest brany pod uwagę jako potencjalny kandydat do gry w reprezentacji. Popełniliśmy już kiedyś błąd z Podolskim, podobnie jak z Miro Klose, co zostało skutecznie napiętnowane przez media. Powstała specjalna komórka przy związku, działająca w celu szukania piłkarzy, którzy niekiedy, jak wyraził się swego czasu Czesław Michniewicz, z Polską mają wspólnego tyle, że ich psy pochodzą z naszego kraju. Zawodnicy o polskich korzeniach w każdej normalnej sytuacji wypięliby się na możliwość gry w naszej kadrze, ale perspektywa wypromowania się na Euro 2012 działa…
Kuba: Strasznie górnolotnie, Maćku. Moim zdaniem polscy trenerzy (Smuda) to półmózgi, polscy działacze (Lato) to zaś dodatkowo łyse półmózgi. Ot, cała tajemnica.
Maciek: Poniekąd o tym mówię. W PZPN-ie nikt w porę nie zainteresował się zdolnymi piłkarzami o polskich korzeniach. Później, jak tamci zaczęli strzelać na potęgę w reprezentacji Niemiec, media zaczęły narzekać i wypominać brak działania. W pewnym sensie to media pomyślały za związek i selekcjonera i tak jest do tej pory.
Łukasz: Jak dla mnie to my po prostu z góry zakładamy, że zagraniczne jest lepsze. Ot taki przykład Roberta Lewandowskiego. Kiedy jeszcze grał w Lechu Poznań, to jego kolegą z drużyny był niejaki Hernan Rengifo. I jaki on był wspaniały ten Peruwiańczyk, jak kiwał, jak strzelał… Zachwytów nad jego grą nie było końca, a głównie rozpływał się nad nim Smuda, ówczesny trener Lecha. Mało tego, „Lewy” często siadał na ławce, bo grać musiał Rengifo. Teraz Rengifo gra w Omonii Nikozja, a Lewandowski w Borussii Dortmund. I czy to nie powinno być tak, że promujemy naszych, młodych, zdolnych, a dopiero potem stawiamy na piłkarzy zagranicznych?














