Liverpool mistrzem Anglii. To już nie żart kibiców rywali „The Reds”, to rzeczywistość. 30-letni okres pełny niepowodzeń, surrealnych okoliczności, w których klub z Anfield Road zaprzepaszczał szanse na tytuł, dobiegł dzisiaj końca. W realiach co prawda zdeterminowanych przez pandemię, lecz będących równocześnie symbolem drogi Liverpoolu po 19. tytuł najlepszego zespołu w kraju. Drogi pełnej bolesnych doświadczeń, rozczarowań i niespełnionych marzeń, lecz mającej swój szczęśliwy finał.
Życie starszego stażem sympatyka Liverpoolu przez naprawdę długi czas nie było usłane różami. Choć w ostatnich 30 latach „The Reds” praktycznie zawsze byli stawiani przed sezonem w gronie faworytów do tytułu, to najczęściej jakby z zasady. Mniej więcej tak jak reprezentacja Anglii przed każdym wielkim turniejem. To mimowolnie potęgowało tylko nadzieję kibiców zespołu z Anfield Road, że to będzie ten sezon, że tym razem się uda. A dokładniej cytując, że ten sezon będzie nasz. Wyświechtany frazes stał się szybko swoistą wizytówką sympatyków klubu z czerwonej części Merseyside. Przed każdą kolejną kampanią wierzyli, często nawet bez realnych podstaw, by najczęściej w okolicach marca znów się rozczarować. Tak jakby ból rozczarowania był wręcz z definicji przypisany do bycia kibicem Liverpoolu. Ból, który stawał się tym mocniejszy, im szansa na mistrzowski tytuł była większa.
Różne formy „niewiele” i gigantyczne ognisko wiary
Wielokrotnie do spełnienia marzeń brakowało niewiele. Niewiele przybierało jednak na Anfield Road najczęściej różną formę. Pod wodzą Rafaela Beniteza w sezonie 2008/2009 były to cztery punkty. Gdy wydawało się, że w kolejnej kampanii szansa na sukces będzie wręcz gigantyczna, po odejściu Xabiego Alonso projekt hiszpańskiego menedżera legł w gruzach. Już się nie podniósł.
Pięć lat później błąd Stevena Gerrarda pozbawił natomiast „The Reds” tytułu na ostatniej prostej. Sytuacja kuriozalna, bo przecież wątpliwe, by przy stu kolejnych próbach legenda Liverpoolu poślizgnęła się jeszcze raz. Ten jeden raz przypadł jednak na spotkanie z Chelsea i spowodował szok oraz smutne dla zespołu z Anfield Road konsekwencje.
Jeszcze bliżej tytułu drużyna z czerwonej części Merseyside była w poprzedniej kampanii. Wtedy niewiele przybrało formę zaledwie jedenastu milimetrów, czyli odległości, której brakło, by piłka przekroczyła linię bramkową między słupkami Manchesteru City. W obecnym sezonie mimo olbrzymiej przewagi punktowej w tabeli sny o mistrzowskim tytule ponownie mogły zmienić się w koszmar. Sezonu jednak nie anulowano, a Liverpool postawił decydujący krok. Zły urok przestał działać.












