Kończące się powoli rozgrywki LE sezonu 2014/2015 są równie emocjonujące, co Liga Mistrzów. Nie da się jednak ukryć, że przez długie lata mówiono o europejskich pucharach dwóch prędkości. To LM była bardziej interesująca i przykuwała oczy większej liczby kibiców, podczas gdy drugi turniej uważano za nagrodę pocieszenia. Niedawno zaczęło się to zmieniać.
Kiedy w 2008 r. postanowiono przekształcić Puchar UEFA tak, aby stał się on bardziej konkurencyjnym turniejem, nikt nie przywiązywał do tego większej wagi. Stanowił on bowiem odskocznię od Ligi Mistrzów i rzadko kiedy grały w nim największe kluby na kontynencie. Zlikwidowano wtedy Puchar Intertoto i powiększono fazę grupową z 40 do 48 drużyn. W sezonie 2009/2010 odbyła się zatem pierwsza edycja Ligi Europy.
Rozgrywki nabrały nowych kolorów. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest fakt dominacji zespołów z Płw. Iberyjskiego w LE. W każdym finale uczestniczył klub z Hiszpanii bądź Portugalii i tylko raz nie udało mu się zwyciężyć. Jeszcze lepiej można to zaobserwować na podstawie półfinałów, gdy w 2011 i 2012 grały w nich tylko drużyny z tej części Europy. Z jednej strony można więc mówić o sile hiszpańskiej i portugalskiej piłki, z drugiej nie widać jednak, żeby zespoły ze słabszych lig, o mniejszych możliwościach finansowych miały szansę zajść daleko w LE.
Ligę Europy dwukrotnie wygrywało Atletico Madryt, raz FC Porto, Chelsea i próbująca powtórzyć wyczyn sprzed roku Sevilla. Zresztą klub prowadzony przez Unaia Enery’ego wygrywał Puchar UEFA dwa razy z rzędu, w 2007 i 2008 r. Była to jednak inna drużyna z innym szkoleniowcem, a jedenastka z Grzegorzem Krychowiakiem w składzie próbuje dorównać tym osiągnięciom.
Być może turniej nie obfituje w strzelane bramki, ale jest jeden strzelec, który w Lidze Europy dokonał niezwykłej sztuki. Mowa tu o Radamelu Falcao. Dwa razy z rzędu został królem strzelców rozgrywek, grając w dwóch różnych zespołach. Poza tym ustanowił rekord w liczbie zdobytych goli w jednym sezonie, gdy w barwach FC Porto siedemnaście razy pokonywał bramkarzy rywali. Jest on tym samym drugim najlepszym strzelcem w całej historii dawnego Pucharu UEFA, a wyprzedza go jedynie Henrik Larsson. Od dwóch lat mamy jednak do czynienia z tendencją spadkową i nikt nie przebił się przez barierę dziesięciu bramek.
Żaden z finałów LE nie zawiódł i, mimo że wyniki mogą wskazywać inaczej, zawsze mierzyły się w nim dwa wyrównane kluby. Dwukrotnie miała miejsce dogrywka, raz zakończyła się rzutami karnymi. Jak to często ma miejsce w finałach, nierzadko rodzą się w nich gwiazdy, a na pewno bohaterowie. Takim bohaterem został Branislav Ivanović, który w spotkaniu z Benficą zdobył gola w trzeciej minucie doliczonego czasu gry i przypieczętował zdobycie pucharu przez Chelsea. W 2010 r. koncertowo zagrał Diego Forlan, który niemalże samodzielnie zapewnił zwycięstwo Atletico Madryt.












