Uff. Udało się. Legia po męczarniach wyeliminowała słowacki Trenczyn. Właściwie jedynym pozytywem po tym dwumeczu może być szalona radość po ostatnim gwizdku Besnika Hasiego, który cieszył się tak, jakby wygrał Ligę Mistrzów. Na dobry nastrój pośrednio mogą także wpłynąć wyniki innych spotkań, które powodują, że do wymarzonego raju Legia może dostać się autostradą.
Ale zanim przejdziemy do kwestii, które są związane z przyszłością warszawskiego klubu, podsumujmy to, co wydarzyło się wczoraj przy Łazienkowskiej. A właściwie to, co się nie wydarzyło. Legioniści mieli zagrać w końcu tak, jak przystało na mistrza Polski, czyli połączyć efektywność gry z efektownością.
O meczu chcemy zapomnieć
Skończyło się na męczeniu buły. Podopieczni trenera Hasiego zagrali słabiej niż tydzień temu na Słowacji, a sam sukces w postaci niestraconej bramki zawdzięczają przede wszystkim temu, że ich rywal może i chciał grać ofensywnie, może i miał w sobie ogromne pokłady ambicji, ale jak na dłoni było widać, że to, co wystarczy na ligę słowacką, to jest za mało na Europę.
Gdybyśmy mieli wybierać najlepszego zawodnika w warszawskim zespole (choć wczoraj praktycznie nikt na to miano nie zasłużył), postawilibyśmy chyba na Adama Hlouska i Arkadiusza Malarza. Ten pierwszy, mimo że jest obrońcą, na skrzydle napędzał akcje ofensywne dużo lepiej niż koledzy z ofensywy. Były bramkarz Lecha i GKS-u Bełchatów udowodnił z kolei, że jest w wysokiej formie. Może nie miał tak spektakularnych interwencji jak tydzień temu, ale w wielu sytuacjach emanował spokojem, i ten spokój było widać w jego grze.
Najbardziej w zespole mistrza Polski zawiódł środek pola. Bardzo słabe spotkanie rozegrał Tomasz Jodłowiec, który jeszcze chyba nie odpoczął dobrze po intensywnym Euro, niewiele lepsze Michał Kopczyński, a mało widoczny był również Thibaut Moulin. Francuz sprawia wrażenie zawodnika, który po dobrych pierwszych tygodniach słabnie z każdym meczem. Słabość środka pola było widać zwłaszcza w sytuacjach, kiedy obrońcy, starając się rozgrywać, nie szukali najbliższego zawodnika, ale długich zagrań do przodu „na walkę”, które z kolei powodowały, że warszawianie szybko tracili piłkę.
Jaki był debiut w jedenastce Langila?
Poświęćmy jeszcze akapit Steevenowi Langilowi. W środę rozegrał drugie spotkanie w nowych barwach i pierwsze w pierwszym składzie (w Płocku wszedł w drugiej połowie z ławki). Dwa spotkania to oczywiście jeszcze za mało, aby wyciągać jakieś większe wnioski, ale na pewno można mieć już pierwsze spostrzeżenia. I nie są one dobre. W sobotę reprezentant Martyniki nie pokazał nic ciekawego prócz paru rajdów. Wczoraj było trochę lepiej, przede wszystkim w fazie defensywnej, do której kilkukrotnie wracał. Z przodu natomiast ciągle słabo. Pozostaje tylko wierzyć informacjom, że z czasem powinno być lepiej, bo jeżeli nie, to mamy kolejnego kandydata do miana „transferowego szrotu”.










