15. kolejka Primera Division była z pozoru normalna. Real pokonał, a Barcelona rozniosła kolejnego rywala. Wyniki meczów wielkiej dwójki, jak również rezultaty pozostałych spotkań, rzucają światło na hierarchię, jaka panuje w La Liga.
Z kotem na polowanie?
Kilka dni temu Jose Mourinho na pytanie, jak przestawia się sytuacja napastników w ekipie, odpowiedział w dość pokrętny sposób. Portugalski szkoleniowiec stwierdził, że co prawda lepiej poluje się z psem, ale jak trzeba, to i kot się przyda. Będzie gorszy, ale lepszy niż nic. W hiszpańskiej prasie wybuchła dyskusja. Kto jest kim? Większość obserwatorów była zgodna – kotem jest Benzema, psem Higuain. Byli tacy, którzy przysięgali, że obaj obecni napastnicy nie mają nic wspólnego z psami i że trzeba ich szukać na rynku transferowym. Mourinho zapytany o całą sprawę stwierdził, że dziwi się dziennikarzom wymyślającym takie bzdury i oświadczył, że owymi zwierzaczkami nie są konkretne osoby, tylko formacje na boisku. Odpowiedź bardzo zręczna, ale chyba niemająca wiele wspólnego z prawdą.
O tym, że „El Pipita” jest psem, nie jestem do końca przekonany. Często sprawia takie wrażenie. To, że kotem jest Benzema, jest więcej niż pewne.
Francuz dostał od losu prezent. Higuain doznał kontuzji i jeszcze przez kilka tygodnie nie zagra. Po meczu z Auxerre wydawało się, że Karim się obudził, że wreszcie zrzucił z siebie presję, że zacznie grać na miarę swoich, wielkich przecież, możliwości. Przyszło spotkanie z Saragossą, najgorszą ekipą La Liga. Benzema, jajcarz czystej wody, postanowił za wszelką cenię nie zrobić nic, za co można by go chwalić. Momentami wydawało się, że tu nie chodzi o słabą formę czy brak szczęścia. Gdyby nie Francuz, mecz zakończyłby się strzeleniem przez Real co najmniej pięciu goli. Tak jest zawsze, madrycka „dziewiątka” nie zasługuje na to miano.
Co zrobi w tej sytuacji klub? Opcji jest kilka. Najlogiczniejszy wydawałby się zimowy transfer. Zarząd Realu trochę się waha – czeka na letnią walkę o Fernando Llorente, piłkarza, który śni się po nocach całemu madridismo. Mourinho chce silnego i wysokiego snajpera, a takich na rynku nie ma zbyt dużo. Za tydzień, może dwa, Real Madryt przestawi się pewnie na ustawienie „trivote” z trzema defensywnymi pomocnikami i Ronaldo na szpicy. W takim kokonie przetrwa do czasu wyzdrowienia „Pipity”. A potem? Cóż, w takim klubie nie ma miejsca dla kotów.
Wilki
Jeśli Benzema jest kotem, a Higuain psem, to wyjściowa jedenastka FC Barcelona złożona jest z samych wilków. Wilków karmionych mięsem innych wilków, faszerowanych sterydami i trzymanych w stanie ciągłego głodu. Gdy ci panowie wybiegają na murawę, człowiek odpowiedzialny za obsługę tablicy wyników siada i w skupieniu czeka, aż chłopcy Guardioli dadzą mu robotę. Zazwyczaj nie trwa to długo. Pierwszą bramkę najczęściej zdobywa Leo „Jestem bogiem futbolu i sprawię, że zapomnicie o Maradonie” Messi. Potem zaczyna się festiwal. Trafia David Villa, trafia Xaviesta. Swojego gola wywalcza zazwyczaj też Pedro Rodriguez. Jeśli Guardiola ma dobry humor, to wpuszcza na ostatnie pół godziny Bojana, który co ma trafić, to trafi. Pięć, sześć, osiem goli – to, ile razy barceloński gigant upokorzy rywala, nie zależy od formy ofiary. Zależy tylko i wyłącznie od humoru Katalończyków.










