Dzisiejsze menu jest wyborne. Na śniadanie polecamy radość kibiców Atletico po pokonaniu odwiecznego rywala. Na obiad podajemy ciężkostrawne danie w postaci bigosu, który zgotowali Mourinho i Perez. Deserem uraczy Barcelona. A na pyszną kolację składa się korespondencyjna walka o czwarte miejsce.
Real Madryt chciał za wszelką cenę w tym sezonie zdobyć decimę. A zgarnął ją w piątek lokalny rywal. Atletico ostatni triumf nad „Królewskimi” odniosło w 1999 roku, również na Santiago Bernabeu. Wielu kibiców „Los Rojiblancos” nie pamięta tych czasów, gdy na Vicente Calderon grali tacy piłkarze, jak: Molina, Kiko czy Hasselbaink. Po latach upokorzeń i smutku sympatycy drużyny znad rzeki Manzanares mogą w końcu podnieść głowy wysoko i patrzeć z góry (przynajmniej w tym sezonie) na oponentów w białych strojach. Madryt jest bowiem czerwono-biały. A nie był taki od 14 lat. Opis przebiegu spotkania o Puchar Króla sobie daruję w myśl zasady, że zwycięzców się nie sądzi, a leżącego się nie kopie. Warto wspomnieć tylko, że mecz był żywcem wyjęty z naiwnych amerykańskich filmów, w których banda nieudaczników i innych patałachów w końcu wygrywa w finale z najlepszymi przeciwnikami, którzy nie grają czysto. Oczywiście Atletico to wielki klub, który ma na koncie wiele trofeów. Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że od lat żył w cieniu Realu, a jego kibice i chyba również piłkarze mają kompleks odwiecznego rywala. Wystarczy spojrzeć na pojedynki derbowe w samej tylko Hiszpanii: na 260 gier „Królewscy” wygrali aż 141, przy zaledwie 63 zwycięstwach Atletico. Dla porównania w derbach Sewilli 56 razy lepsza okazała się Sevilla, przy 35 pozytywnych wynikach dla Betisu. W Kraju Basków Athletic 61 razy był zwycięski i 45 razy pokonany schodził do szatni. Tylko w Barcelonie sytuacja wygląda podobnie jak w Madrycie (106 razy górą był FC Barcelona, przy 44 zwycięstwach rywala), lecz Espanyol nigdy nie miał potencjału takiego, jak Atletico.

Świętowanie sympatyków „Los Colchoneros” pod posągiem Neptuna przelało czarę goryczy w obozie Realu. Gdy Gabi zawieszał klubowy szalik na szyję morskiemu bóstwu, parę kilometrów na północ zapadła decyzja, która w tym samym stopniu zachwiała madridistas, co porażka z odwiecznym rywalem w finale Pucharu Króla. Otóż Jose Mourinho – postać tyleż charyzmatyczna, co kontrowersyjna – odchodzi z Madrytu. Trenerem na pewno jest wybitnym, jednak jego metody pozostawiają wiele do życzenia. To typ karierowicza idącego do celu po trupach, a trupów w stolicy Hiszpanii było wyjątkowo dużo. Szedł na wojnę ze wszystkimi. Wygrywał batalie, jak chociażby wyrzucenie Valdano, posadzenie Ikera na ławce, utemperowanie Ramosa, owinięcie sobie wokół palca Florentino Pereza, zwycięskie potyczki z Barceloną. Siał postrach wśród sędziów i wrogów. Jednak nawet najbardziej medialny trener świata, paradoksalnie, nie mógł wygrać z madryckimi mediami. Przynajmniej nie w ten sposób. Na pewno wyciągnął „Królewskich” z dołka w Lidze Mistrzów. Pytanie, czy to nie za mało? Czy szkoleniowiec, który zarabia rocznie 14 mln euro, który może sprowadzić, kogo chce (a nie, kogo mu narzuci prezes), który miał kontrakt na dłużej niż rok i któremu wszystko było wolno, osiągnął maksimum z tymi piłkarzami? Trzy półfinały w trzy lata to wynik zadowalający dla obecnego Milanu, Atletico czy Borussii, ale nie Realu. Wątpliwe sukcesy i powszechne niezadowolenie w szatni pozwalają twierdzić, że Portugalczyk owszem zostawia spaloną ziemię w Madrycie, lecz nie piłkarze będą za nim tęsknić, ale kibice, wśród których już teraz można dostrzec wielki podział na zwolenników i przeciwników.











