HNG: Mou odchodzi w cieniu Neptuna


21 maja 2013 HNG: Mou odchodzi w cieniu Neptuna

Dzisiejsze menu jest wyborne. Na śniadanie polecamy radość kibiców Atletico po pokonaniu odwiecznego rywala. Na obiad podajemy ciężkostrawne danie w postaci bigosu, który zgotowali Mourinho i Perez. Deserem uraczy Barcelona. A na pyszną kolację składa się korespondencyjna walka o czwarte miejsce.


Udostępnij na Udostępnij na

Real Madryt chciał za wszelką cenę w tym sezonie zdobyć decimę. A zgarnął ją w piątek lokalny rywal. Atletico ostatni triumf nad „Królewskimi” odniosło w 1999 roku, również na Santiago Bernabeu. Wielu kibiców „Los Rojiblancos” nie pamięta tych czasów, gdy na Vicente Calderon grali tacy piłkarze, jak: Molina, Kiko czy Hasselbaink. Po latach upokorzeń i smutku sympatycy drużyny znad rzeki Manzanares mogą w końcu podnieść głowy wysoko i patrzeć z góry (przynajmniej w tym sezonie) na oponentów w białych strojach. Madryt jest bowiem czerwono-biały. A nie był taki od 14 lat. Opis przebiegu spotkania o Puchar Króla sobie daruję w myśl zasady, że zwycięzców się nie sądzi, a leżącego się nie kopie. Warto wspomnieć tylko, że mecz był żywcem wyjęty z naiwnych amerykańskich filmów, w których banda nieudaczników i innych patałachów w końcu wygrywa w finale z najlepszymi przeciwnikami, którzy nie grają czysto. Oczywiście Atletico to wielki klub, który ma na koncie wiele trofeów. Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że od lat żył w cieniu Realu, a jego kibice i chyba również piłkarze mają kompleks odwiecznego rywala. Wystarczy spojrzeć na pojedynki derbowe w samej tylko Hiszpanii: na 260 gier „Królewscy” wygrali aż 141, przy zaledwie 63 zwycięstwach Atletico. Dla porównania w derbach Sewilli 56 razy lepsza okazała się Sevilla, przy 35 pozytywnych wynikach dla Betisu. W Kraju Basków Athletic 61 razy był zwycięski i 45 razy pokonany schodził do szatni. Tylko w Barcelonie sytuacja wygląda podobnie jak w Madrycie (106 razy górą był FC Barcelona, przy 44 zwycięstwach rywala), lecz Espanyol nigdy nie miał potencjału takiego, jak Atletico.

Kibice Atletico świętują zdobycie Copa del Rey
Kibice Atletico świętują zdobycie Copa del Rey (fot. Marca.com)

Świętowanie sympatyków „Los Colchoneros” pod posągiem Neptuna przelało czarę goryczy w obozie Realu. Gdy Gabi zawieszał klubowy szalik na szyję morskiemu bóstwu, parę kilometrów na północ zapadła decyzja, która w tym samym stopniu zachwiała madridistas, co porażka z odwiecznym rywalem w finale Pucharu Króla. Otóż Jose Mourinho – postać tyleż charyzmatyczna, co kontrowersyjna – odchodzi z Madrytu. Trenerem na pewno jest wybitnym, jednak jego metody pozostawiają wiele do życzenia. To typ karierowicza idącego do celu po trupach, a trupów w stolicy Hiszpanii było wyjątkowo dużo. Szedł na wojnę ze wszystkimi. Wygrywał batalie, jak chociażby wyrzucenie Valdano, posadzenie Ikera na ławce, utemperowanie Ramosa, owinięcie sobie wokół palca Florentino Pereza, zwycięskie potyczki z Barceloną. Siał postrach wśród sędziów i wrogów. Jednak nawet najbardziej medialny trener świata, paradoksalnie, nie mógł wygrać z madryckimi mediami. Przynajmniej nie w ten sposób. Na pewno wyciągnął „Królewskich” z dołka w Lidze Mistrzów. Pytanie, czy to nie za mało? Czy szkoleniowiec, który zarabia rocznie 14 mln euro, który może sprowadzić, kogo chce (a nie, kogo mu narzuci prezes), który miał kontrakt na dłużej niż rok i któremu wszystko było wolno, osiągnął maksimum z tymi piłkarzami? Trzy półfinały w trzy lata to wynik zadowalający dla obecnego Milanu, Atletico czy Borussii, ale nie Realu. Wątpliwe sukcesy i powszechne niezadowolenie w szatni pozwalają twierdzić, że Portugalczyk owszem zostawia spaloną ziemię w Madrycie, lecz nie piłkarze będą za nim tęsknić, ale kibice, wśród których już teraz można dostrzec wielki podział na zwolenników i przeciwników.

Nad Santiago Bernabeu zbierają się czarne chmury. Niedługo może utworzyć się tornado, które pochłonie w niepewności wszystkich ludzi związanych z „Los Blancos”. 16 czerwca ma bowiem dojść do wyborów nowego prezesa i zarządu. Wszystko wydaje się oczywiste – Florentino Perez zostanie na drugą kadencję. To tylko pozory. Jak pisałem wyżej: wielką i groźną siłą są madryckie media. Ich przyjaciele mogą pławić się w luksusach. Ich wrogowie drżą ze strachu przed gniewem „Marki” i „Asa”. W myśl zasady przyjaciel mojego wroga jest moim wrogiem, grupa PRISA (w jej skład wchodzi „As”) rozpoczęła ataki na obecnego prezesa i myśli nad wystawieniem kontrkandydata do czerwcowych wyborów. Jeszcze jest zbyt wcześnie na konkretne informacje, lecz jedno jest pewne. Perez nie może uznać swojej kadencji za sukces. Kierując się nomenklaturą ekonomiczną: nie wszystkie cele zostały zrealizowane. A na pewno nie cel strategiczny, czyli zdobycie decimy.

W Katalonii nastroje są nieco inne. Zamiast burzowych chmur i gradu pada co najwyżej deszcz, który może zaraz się skończyć, a równie dobrze zmienić się w ulewę. Za wcześnie jest jednak na wróżenie z fusów. Barcelona zdobyła mistrzostwo i kończy sezon z ogromną przewagą nad madryckimi ekipami. Ma również szansę na wyrównanie rekordu 100 punktów należącego do „Los Blancos”. Lecz i ona ma swoje problemy. Przed fiestą na stadionie na mecz z Valladolid Tito Vilanova desygnował niemalże najsilniejszy skład. Nieobecni byli jedynie Lionel Messi, Dani Alves i Carles Puyol. Wystawienie takiej jedenastki nie podobało się katalońskim fanom. Chcieliby, aby szkoleniowiec w meczach o pietruszkę pozwolił ogrywać się młodym wychowankom. Cierpliwość do Vilanovy powoli się kończy, chociaż Rosell ponoć nie ma zamiaru go zwalniać. Jeżeli na Santiago Bernabeu wyolbrzymia się problemy, to na Camp Nou się je bagatelizuje. Nawet futbolowy laik, oglądając mecze „Dumy Katalonii”, widzi, że trzeba wzmocnić szczególnie obronę. Tymczasem sztab trenerski i zarząd wydają się patrzeć na tę kwestię przez różowe okulary. Przymierzani są coraz to inni piłkarze: a to Neymar, a to Reus, Handanović, Reina, Lewandowski. Niedawno Mats Hummels przyznał, że zostaje w Borussii. Ściągnięcie Kompany’ego lub Thiago Silvy może okazać się niemożliwe. Obaj są solidnie opłacani i grają w klubach, które mają wielki potencjał. Jak pokazał Varane, dobry obrońca nie musi kosztować dziesiątek milionów euro. Realnie patrząc – Barcelona ma najmniej determinacji w sprowadzaniu defensorów. Czyżby wierzyła, że ofensywą zamaże wszelkie problemy?

W Primera Division emocje jeszcze się nie skończyły. Najciekawszy pojedynek będzie zapewne trwał do ostatniej kolejki. Valencia CF walczy z Realem Sociedad San Sebastian o czwarte miejsce i Ligę Mistrzów w przyszłym sezonie. Dla jednych jest to już niemalże tradycja. Grają tam regularnie i w dobie kryzysu to najlepszy sposób na finansowanie piłkarzy. Drudzy przebojem wdarli się do grona najlepszych i szeroko rozpychają się łokciami. Ich piękny sen może jednak za chwilę się skończyć. Trener Montainer właśnie zakomunikował, że po sezonie przeprowadza się do Francji. To niewątpliwy cios dla skromnego klubu z San Sebastian. Lecz należą mu się brawa jak chyba nikomu innemu w lidze. Drużyna potrafi zmieniać styl błyskawicznie, niczym kameleon kolor. Umie grać z kontry i atakiem pozycyjnym. A co najważniejsze, nie opiera swojej gry na jednym piłkarzu. Agirretxe, Carlos Vela, Griezmann i Xabier Prieto to superofensywny kwartet zdolny rozmontować każdą defensywę. Piłkarze Realu Sociedad atakują planowo i bez lęku. Nie kalkulują, ale też nie działają pochopnie. To taki Bayern, tylko w odpowiednich proporcjach. W meczu z Sevillą pokazali, że umieją odrabiać straty. Zależy im na Lidze Mistrzów, ale w dwóch ostatnich kolejkach mają trudnych rywali. Pierwszy w kolejce jest madrycki Real, który choć rozbity i grający o pietruszkę, ma potencjał, aby wygrać z każdym. Na koniec zostaje Deportivo, które prawdopodobnie będzie musiało walczyć o utrzymanie do ostatniej kolejki. Z tak niewygodnym rywalem wszystko jest możliwe. Valencia ma łatwiejszy terminarz. W następnej kolejce podejmuje Granadę, która jest prawie pewna utrzymania. I na koniec zespół z Mestalla jedzie do Andaluzji, by zmierzyć się w bratobójczej bitwie z Unaiem Emerym i spółką. Jedni i drudzy mogą zarówno przegrać, jak i wygrać oba spotkania. Jednak mimo wszystko bliżej czwartego miejsca jest ekipie Ernesto Valverde. Bez znaczenia, jak się skończy owa korespondencyjna rywalizacja, to nam kibicom na długo pozostanie w pamięci.

Artykuł ukazał się na blogu: O wszystkim i…

Komentarze
~NeCrO (gość) - 13 lat temu

Według mnie Mou jest najlpszym trenerem no może z
Ferguson mu dorównuje. No ale miał najlpeszych
piłkarzy na świecie i nie zrobił prawie nic!
Znając życie przejdzie do innego wielkiego klubu i
tam zrobi szał. A Real jest troszkę w dołku no ale
to przejdzie a Real znowu będzie na szczycie tam
gdzie jest jego miejsce! :P

Hala Madrit

~HASAN (gość) - 13 lat temu

To jeden z najdziwniejszych sezonów jakie
pamiętam.
Jedni mówili o wypadku przy pracy,inni ocenili sezon
na 6 [ciekawe w jakiej skali] skazani na porażke
odnieśli sukces a kopciuszek okazał się
królewną. Mam wrażenie że scenariusz do La Liga
pisał pijany scenarzysta który budząc się z amoku
dopisywał nowe wątki.
Kilkanaście tygodni temu zastanawiałem się czy
trwający wtedy sezon nie jest początkiem końca
hiszpańskiego futbolu. Dziś zadaje sobie pytanie
czy i z jakim hukiem upadnie i czy nowe zastąpi
stare.
Obecny sezon jest już historią,będzie jeszcze
sporo okazji by go oceniać ale ja już patrze w
przyszłość. Życzyłbym sobie,i wszystkim kibicom
La Liga - bo nic tak nie buduje emocji jak
niespodziewane rozstrzygnięcia aby w kolejnym
sezonie znalazła się jakaś siła zdolna utrzeć
nosa faworytom. Gdy zastanawiam się,kto mianowicie
może odegrać poważną role w kolejnej edycji
hiszpańskiej ligi,znów przychodzą mi do głowy te
same drużyny co rok,dwa,pięć lat temu. W tej
przewidywalności brak ożywienia,odrobiny pieprzu
czy nawet szaleństwa[w pozytywnym znaczeniu]. Mimo
wszystko mijająca edycja BBVA pokazuje światełko w
tunelu. Może w końcu kolejny sezon będzie sezonem
przebudzenia drużyn z cienia?

~mundry (gość) - 13 lat temu

najlpszym? ORTOGRAFIA WAZNA ZECZ!!! hm?

~mundry. (gość) - 13 lat temu

policz ile blendow zrobiles? A potem pouczaj ludzi ze
ortografia to wazna zecz? `Chcesz wyjac zadre z oka
mego, a belki w swoim oku nie widzisz. (od taki
cytacik z bibli) pozdro

~ślimsior (gość) - 13 lat temu

za to ty piszesz żecz a nie rzecz
więć gratulacje

~mundry (gość) - 13 lat temu

przejdz do artykulu z blaszczykowskim i pojmiesz o co
hodzi. ja nikogo nie oskarzam tylko nie lubie jak
ktos wytyka komus blendy a nie widzi swoich

~daniel (gość) - 13 lat temu

pan redaktor to przesadził z tym artykulem pisząc
''banda nieudaczników i innych patałachów w końcu
wygrywa w finale'' -.- to sobie wyobraź, że ta sama
''banda nieudaczników i innych patałachów''
wygrała LE w zeszłym sezonie, a na dokładkę w
superpucharze Europy pokonali Chelsea 4-1 ...
naprawdę bardzo trafne słowa

~szalony mnich (gość) - 13 lat temu

je.bana piz.do szacunku trochę Atletico -zwycięscy
LE dwukrotnego Copa del Rey czy Superpucharu Europy w
ostatnich trzech latach. Banda nieudaczników to bvb.
Patrz Lewus-zero skilla wszystko farci ciota je.bana
. Do you understand piz.do

Cezary Kapłon (gość) - 13 lat temu

"Warto wspomnieć tylko, że mecz był żywcem
wyjęty z naiwnych amerykańskich filmów, w których
banda nieudaczników i innych patałachów w końcu
wygrywa w finale z najlepszymi przeciwnikami, którzy
nie grają czysto. Oczywiście Atletico to wielki
klub, który ma na koncie wiele trofeów."

Gdzie porównałem Atletico do bandy patałachów?
Napisałem, że to wielki klub, lecz z kompleksem
Realu.

Banda patałachów odnosi się do amerykańskich
filmów, które według mnie miały podobny przebieg
jak finał CdR. Ot takie porównanie i wcale nie mam
zamiaru obrażać Atletico, które uważam, że jest
na poziomie BVB, Arsenalu. Doceniam ich zasługi
szczególnie te za czasów Simeone - moim zdaniem to
wielki trener, który ogarnął gwiazdki w tym
klubie. Taki madrycki Guardiola.

Pozdrawiam

Cezary Kapłon (gość) - 13 lat temu

Obserwuję Twoje komentarze już jakiś czas. Mam
radę. Nie frustruj się tak :)

Wiedziałeś, że życie się skraca od nadmiernego
stresu? Wyluzuj :)

Najnowsze