Reprezentacja Hiszpanii ma problem – jest skostniała. Prawie nic się tam nie zmienia. Powołania dostają ciągle ci sami ludzie, nawet jeśli nie grają lub grają źle. Gdyby del Bosque spojrzał dalej, poza standardową kadrę, zobaczyłby prawdziwe morze talentu.
Do napisania tej króciutkiej analizy przekonał mnie Michu Perez. Nie osobiście, rzecz jasna. Przekonała mnie jego forma, jego statystyki, a także opinie na jego temat. Jeśli ktoś nie wie, kim ów dżentelmen jest, śpieszę z wyjaśnieniami. Michu to najskuteczniejszy pomocnik Primera Division i trzeci najlepszy hiszpański strzelec w czołowych ligach Europy (za Soldado i Llorente, ex aequo z Raulem). Michu to piłkarz, który w pojedynkę sprawia, że Rayo praktycznie nie ma szans na spadek.
Zadajmy sobie pytanie: dlaczego ten facet nie ma szans na zaistnienie w kadrze? Czego mu brakuje? Umiejętności? Każdy, kto widział chociaż jeden mecz z jego udziałem, wie, że umiejętności to ostatni problem Michu. Wyników? Też nie, przecież on strzela na potęgę. Zobaczcie. Torres – obawiam się, że pewniak na Euro – by zdobyć bramkę, potrzebuje prawie trzy razy więcej minut, a przecież gra w pełnej magików Chelsea. Negredo – kolejny gość, który ma spore szanse na powołania do kadry – na swoim koncie ma raptem sześć goli. Soldado, kreowany na zbawiciela „La Seleccion”, do siatki rywala trafiał dwanaście razy, raptem o dwa więcej od Michu.
Powiecie, że może i Perez ma dobre statystyki, ale przecież to nie jest najważniejsze. Równie albo i bardziej istotne jest zgranie. Podania na pamięć, schematy wypracowane przez lata wspólnego kopania piłki. Teoretycznie tak. Praktycznie na tym poziomie nie powinno odgrywać to większej roli. Hiszpania cierpi, bo nie ma w niej powiewu świeżości. Jordi Alba nie wystarczy. Swoją drogą, jego przypadek jest znamienny. Wpadł do kadry jak huragan i właściwie w obu rozegranych do tej pory meczach był najlepszy na murawie. A przecież o żadnym zgraniu mowy być nie może. To tylko efekt świeżej krwi połączony z gigantycznym talentem.
Gdyby del Bosque postanowił nagle na jedno zgrupowanie nie zabierać żadnego etatowego reprezentanta, to mógłby wykombinować na przykład taką jedenastkę: Diego Lopez – Andoni Iraola, Victor Ruiz, Alvaro Dominguez, Didac Vila – Bruno Soriano, Borja Valero, Michu Perez – Iker Muniain, Jose Callejon, Oscar de Marcos. Na ławce znalazłoby się wtedy miejsce chociażby dla Javiego Varasa, Inigo Martineza, Roberto Canelli, Asiera Llaramendiego, Raula Garcii, Andera Herrery czy Imanola Agirretxe.
Ile jest reprezentacji, które poradziłyby sobie z taką Hiszpanią? Najwyżej kilka. Niemcy na pewno, Holandia pewnie też. Ktoś jeszcze? Może Anglia, Włochy i Brazylia, może Argentyna. Idę o zakład, że ten skład bez najmniejszego problemu dotarłby do ćwierćfinału mistrzostw Europy. Nawet jeśli zawodnikom brakowałoby obycia na arenie międzynarodowej, nadrabialiby ambicją i zawziętością. Ilu z nich załapie się do 23-osobowej kadry i przyleci za kilka miesięcy do Polski? Bo ja wiem? Prawdopodobnie żaden. Jakieś szanse mają Iraola, Muniain, Callejon i de Marcos.










