W 35. kolejce emocji było mniej, niż się spodziewaliśmy. To nie znaczy, że w ogóle ich nie było. Mistrzostwo zdobyła Barcelona, zanim rozegrała swój mecz. Za nią plasują się ekipy z Madrytu. Natomiast batalia o czwartą lokatę dopiero nabiera rumieńców.
O tym, że Espanyol jest bliski Realowi, wiedzieliśmy od lat. W każdym razie sezon w sezon można było dostrzec tę sympatię przejawiającą się chociażby w małym zaangażowaniu barcelońskiej ekipy w meczach z „Królewskimi”. Ten sezon złamał wszelkie konwenanse. W 16. kolejce La Liga pogrążony w marazmie madrycki Real stracił u siebie punkty z katalońskim „odszczepieńcem”, remisując 2:2. Można było się tłumaczyć z tego tym, że były mistrz Hiszpanii jest jesienią bez formy.

W 35. kolejce „Los Blancos” stykają się po raz drugi w tym sezonie z Espanyolem. Cel? Odłożenie koronacji Messiego i spółki. To mogło się udać tylko w sytuacji, gdy obie ekipy by ze sobą współpracowały jak za dawnych lat. Plan był prosty: drużyna z Madrytu zgarnia łatwe trzy oczka i wraca do domu, przygotowując się na finał Pucharu Króla. Zespół z Barcelony o nic już nie walczył w tym roku. Znowu zawód. Higuain strzela wyrównującą bramkę, ale na nic więcej stołecznych nie było stać tego dnia. Espanyol obronił punkt i pozwolił, aby jego największy rywal zdobył mistrzostwo, żeby było śmieszniej – jeszcze przed rozegraniem spotkania.
Klub z Camp Nou wygrał ligę w cuglach. Czy jest sprawiedliwe, że został mistrzem? Oczywiście, koniec i kropka. Co z tego, że w dwóch spotkaniach to Real okazał się lepszy, skoro Barcelona łoiła tych, z którymi ekipa Mourinho traciła punkty. Katalończycy już jako mistrzowie szykowali się do spotkania na Vicente Calderon bez nadmiernej presji. Atletico zrobiło ładny szpaler i wydawało się, że spotkanie również będzie emocjonujące. Było, ale do czasu. Obie ekipy atakowały. Gospodarze pokazali, że stać ich na wymianę ciosów w poszczególnych spotkaniach.
Do czasu. W drugiej połowie tempo rywalizacji wyraźnie spadło. Jeszcze Falcao zdołał pobudzić widownię swoją bramką, ale nieco później Simeone go zdjął, żeby Kolumbijczyk nie przemęczał się przed finałem Copa del Rey. W 70. minucie zszedł Messi i – jak się okazało – nie zagra do końca sezonu. Miejmy nadzieję, że Argentyńczyka nie będą dręczyć kontuzje takie, jak chociażby te, które w swoim życiu miał słynny „El Fenomeno” Ronaldo. „Duma Katalonii” przy niekorzystnym rezultacie musiała grać w dziesiątkę, gdyż Tito Vilanova dokonał już wszystkich zmian! Szkoleniowiec Katalończyków już nie po raz pierwszy stosuje dziwną rotację. W meczu tak naprawdę o pietruszkę dokonał trzech zmian do 60. minuty, gdy w arcyważnej rywalizacji z Bayernem w Lidze Mistrzów czekał z modyfikacją składu niemalże do końcowego gwizdka.











