12. kolejka hiszpańskiej Primera Division upłynęła nam pod znakiem andaluzyjskich wydarzeń. Najpierw otrzymaliśmy niepokojące sygnały z Pampeluny, gdzie kolejny słaby mecz zagrała Malaga, a później przystąpiliśmy do rozkoszowania się wspaniałymi derbami stolicy Andaluzji, po których na ustach wszystkich po raz kolejny jest Sevilla.
Tak się nastawiano na niedzielny hit kolejki. Tak mocno trąbiono o derbach Andaluzji, które miały porwać hiszpańską widownię i zaserwować nam nie lada emocje przez pełne 90 minut. I może faktycznie, widowisko było niezłe, ale emocje była w stanie zagwarantować nam jedynie Sevilla. Po raz kolejny zresztą w sezonie 2012/2013. W licznych zapowiedziach jednych z najgorętszych derbów Półwyspu Iberyjskiego,prześcigano się w euforycznych stwierdzeniach, że nareszcie obydwie ekipy przystąpią do bezpośredniej konfrontacji w możliwie najlepszym momencie. I na równych zasadach. Chociaż tak na dobrą sprawę, czy istnieje zły moment na rozegranie derbowego meczu? Dla nas, kibiców, na pewno nie.

Każdy wie jednak chyba, o co chodzi. Betis to największe pozytywne zaskoczenie obecnego sezonu. Sevilla, mimo że przytrafiały jej się bolesne wpadki (do derbów podchodziła zresztą z serią trzech meczów bez zwycięstwa!), nie raz, nie dwa pokazała, że charakterek to ona ma. Nie przez przypadek przecież odprawiła z kwitkiem Real Madryt i o mały włos nie zrobiła tego samego z Barceloną, której pomogło… powiedzmy, że szczęście. Z szumnych zapowiedzi wyszła niestety kicha – poniekąd kicha w każdym razie. Akurat Sevilli nic zarzucić nie możemy, bo podopieczni Michela rozegrali kolejny spektakularny mecz. Gdyby zamiast Betisu na Ramon Sanchez Pizjuan grała po raz kolejny Barcelona, to prawdopodobnie znowu niemiłosiernie by się wymęczyła.
Wymęczył się i Betis, ale w kompletnie inny sposób. „Los Beticos” to wciąż czwarta najlepsza drużyna w meczach wyjazdowych. Na Ramon Sanchez Pizjuan podopieczni Pepe Mela całkowicie stracili swoją osobowość. Sobą pozostawał do czasu sam Mel, ale przy trzecim golu dla gospodarzy stracił chyba wiarę we wszystko. Wymach rękami, zatopienie się w fotelu na ławce rezerwowych i niedowierzanie. W przerwie najwyraźniej co nieco wstrząsnął swoimi piłkarzami, ale i tak nie przyniosło to wymiernego skutku. Pozostaje tylko gdybać, co sprawiło, że tak wyczekiwane derby zakończyły się w taki, a nie inny sposób. Nie do pomyślenia jest to, żeby „Los Beticos” najzwyczajniej w świecie po prostu się spalili. Sevilla z kolei rozegrała doskonałe wręcz spotkanie, ale to nie tłumaczy tak słabej postawy rywala.
Na pochwały zasługuje w zasadzie cała jedenastka gospodarzy. Począwszy od linii defensywnej, poprzez pomoc i atak – wszyscy mieli olbrzymi wkład w ten sukces. Wielkie brawa należą się Michelowi, który zdecydował się jednak na wystawienie od pierwszej minuty Jose Reyesa. Ten odwdzięczył mu się doskonałym występem, przyćmiewając samego Jesusa Navasa, który miał największą chrapkę na dokopanie lokalnemu rywalowi. Pozostaje mieć nadzieję, że Sevilli w krew wejdzie rozgrywanie takich właśnie meczów, a Betis nie spuści głów po druzgocącej manicie. Już chcielibyśmy, by rozegrane zostało spotkanie rewanżowe, w królestwie „Los Beticos” właśnie.










