Hiszpański futbol walczy o przetrwanie. Real Madryt i FC Barcelona stają przed zadaniem prawie niemożliwym. W zdecydowanie lepszej sytuacji są „Królewscy”, którzy swoją historię naznaczyli nieprawdopodobnymi powrotami w europejskich pucharach. Futbol jest wielki i nieprzewidywalny, podobnie jak Carlos Alonso Gonzalez – czyli po prostu Santillana, legendarny napastnik „Los Blancos”, który – jak mało kto – doskonale zna znaczenie słowa „remontada”.
Choć w ponad 110-letniej historii Realu Madryt znajduje się wielu piłkarzy, których zasługi są nieporównywalnie większe od tych Santillany, to ten niziutki i zwinny napastnik ciągle darzony jest olbrzymim respektem i sympatią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Santillana nie mógł być prawdziwym i zabójczym napastnikiem. Nie predysponowały go do tego warunki, ale mierzący 175 centymetrów Hiszpan na przekór wszystkim zdobywał bramki nie do zdobycia i wygrywał mecze nie do wygrania. W barwach Realu Madryt występował przez siedemnaście lat. Miał trochę pecha. Na krajowym podwórku „Blancos” wygrywali prawie wszystko, jednak w Europie madrytczykom nie szło. Z tego też powodu, kiedy mówi się o wybitnych graczach Realu, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii klubu, Santillanę wspomina się rzadziej, a nawet jeśli, to gdzieś na szarym końcu, być może nawet za takimi graczami jak Butragueno czy Valdano.

Carlos Alonso Gonzalez swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w mieście Santillana del Mar (od którego zresztą wziął się jego przydomek). Klubowe barwy zmienił jednak bardzo szybko, a dobra gra w trzeciej lidze hiszpańskiej (w zespołach Satelite i Barreda) sprawiła, że niskim zawodnikiem zainteresował się Racing Santander – największy klub w Kantabrii. Sam Santillana nie zapomina przede wszystkim o drużynie Barredy. To tam miał okazję po raz pierwszy pracować pod okiem prawdziwego trenera. Był nim Valentin Cuetara, którego legenda Realu wspomina niezwykle ciepło. To on miał największy wpływ na rozwój przyszłego reprezentanta Hiszpanii. Co ciekawe, Santillana w młodzieńczych latach najczęściej grywał bliżej środka boiska. Z biegiem czasu przesuwał się jednak w stronę bramki przeciwnika. Rozkwit jego umiejętności strzeleckich przypadł właśnie na krótki czas spędzony w Santander. W zespole Racingu urodzony 23 sierpnia 1952 roku piłkarz występował zaledwie przez jeden sezon. Siedemnaście goli w trzydziestu pięciu meczach i tytuł „Pichichi” Segunda Division wystarczyły, aby po hiszpańskiego napastnika zgłosił się sam Real Madryt.
Kariera Santillany nie jest usłana tylko i wyłącznie różami. Tuż po przeprowadzce do Realu, który zapłacił za niego 26 milionów peset, pojawiły się głosy, iż Hiszpan może być zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery. Po jednym z meczów w moczu Santillany pojawiły się ślady krwi, co natychmiast zaalarmowało Real Madryt. Stołeczny klub nie czekał ani chwili i natychmiast rozpoczął serię najróżniejszych badań, do których zwerbował nawet dra Sancheza Canasa, jednego z najbardziej cenionych w tamtych czasach urologów. Chociaż wszystko miało być pilnie strzeżone, 7 maja 1972 roku informacje o możliwym końcu przygody Santillany z piłką pojawiły się na okładkach wszystkich hiszpańskich dzienników sportowych. Okazało się, że Santillana ma wrodzoną wadę – obydwie jego nerki znajdowały się w tej samej części ciała. Po konsultacjach z lekarzami stwierdzono na szczęście, że „Santi” może nadal wykonywać swój zawód.












