Piłka nożna potrafi być piękna, ale zdarzają się spotkania, o których nie chce się pamiętać w ogóle. Dzisiejsze starcie Cracovii z Lechią spełniło oba te kryteria. Po fatalnej, nienadającej się do oglądania pierwszej połowie, w drugiej części gry obejrzeliśmy szalone widowisko, pełne akcji i dramaturgii. Po nierównym meczu lepsza okazała się Cracovia, która po dwóch trafieniach Kosanovicia zwyciężyła 2:1!

Pierwsza część gry nie obfitowała w ciekawe akcje, strzały mógłby policzyć na palcach jednej ręki mający problemy ze wzrokiem drwal z pięćdziesięcioletnim stażem. Składna gra ograniczała się do 30. metra od obu bramkach. Pojedyncze strzały Piotra Grzelczaka czy Vladimira Boljevicia za zagrożenie mogłyby uchodzić jedynie w myślach paranoidalnego schizofrenika. Słowem, z boiska wiało nudą, a jedynym piłkarzem godnym wyróżnienia był wysyłający całkiem niezłe dośrodkowania, szalejący po skrzydle Adam Marciniak. „Imponowała” myśl taktyczna piłkarzy z Gdańska – wysyłanie piłek na aferę w nadziei, że któraś z wybijanych futbolówek odbije się od Grzelczaka i wpadnie do siatki, przyniosła efekt w meczu z Jagiellonią (tam w roli egzekutora wystąpił Wiśniewski), jednak Wojciech Stawowy odrobił pracę domową i obrońcy Cracovii nie dawali gościom nadziei na takie sytuacje. Inna sprawa, że Cracovia nie grała dziś po swojemu i zamiast krakowskiej tiki-taki, oglądaliśmy piłkarską szarpaninę godną nietrzeźwych turystów na starym rynku. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym, brzydkim remisem.
W drugiej połowie oglądaliśmy zupełnie inne, szalone widowisko. Na początku to gdańszczanie osiągnęli optyczną przewagę. W grę „Pasów” ożywienie wnosił rezerwowy Przemysław Kita, jednak to Lechia zdawała się grać mądrzej, lecz futbol bywa przewrotny. W 63. minucie kontrę gości zmarnował grający bardzo słabe zawody Grzelczak, któremu piłkę wyłuskał Kosanović. Antybohater ostatniego meczu „Pasów” z Ruchem Chorzów przebiegł z piłką 70 metrów, po czym huknął jak z armaty prosto do siatki gdańszczan. Przepiękna bramka, niesamowita akcja obrońcy Cracovii!

Oszołomienie po stracie bramki szybko minęło i w 70. minucie powinien być remis. Grzelczak świetnie wypuścił wprowadzonego chwilę wcześniej Pazio, a ten oddał piłkę na 4. metr do Matsuiego. Japończyk trafił prosto w Pilarza, zamiast remisu gdańszczanie mieli zatem duże powody do niezadowolenia. Co się nie udało wtedy, udało się już 5 minut później. Mądrze przytrzymał piłkę Matsui, odegrał na skrzydło do Pazio, a piłka po nodze obrońcy… trafiła w głowę Wiśniewskiego i wtoczyła się do bramki Cracovii. 1:1!












