Bartosz Grzelak nie jest już trenerem Cracovii. Szwedzki szkoleniowiec opuszcza Kraków po niespełna siedmiu miesiącach pracy, pozostawiając po sobie drużynę znajdującą się tuż nad strefą spadkową. Jego kadencja miała dwa zupełnie różne oblicza. Najpierw otrzymał zadanie uratowania Pasów przed spadkiem i zdołał je wykonać. Później dostał szansę przygotowania zespołu do pełnego sezonu, ale nie potrafił przełożyć swojego pomysłu na regularne zwycięstwa. Czy jednak całą odpowiedzialność za sytuację Cracovii można zrzucić na szkoleniowca? Przyglądamy się jego pracy, wynikom, decyzjom, rozwojowi zawodników i problemom, z którymi musiał mierzyć się przy Kałuży.
Przychodził ratować Cracovię. Zadanie wykonał, choć bez fajerwerków
20 kwietnia 2026 roku Cracovia ogłosiła zatrudnienie Bartosza Grzelaka. Szwed polskiego pochodzenia zastąpił Lukę Elsnera, który pozostawił zespół w trudnym położeniu. Pasy miały zaledwie cztery punkty przewagi nad strefą spadkową, a do końca rozgrywek pozostawało pięć spotkań. Nie był to więc moment na spokojne budowanie projektu czy eksperymentowanie z nowymi rozwiązaniami. Najważniejsze było utrzymanie Ekstraklasy.
Warto pamiętać, w jakich okolicznościach obejmował drużynę. Cracovia przechodziła wówczas poważne zawirowania organizacyjne. Nie było stabilności w strukturach klubu, a sytuacja właścicielska i zarządcza nie sprzyjała spokojnej pracy. Warto przypomnieć, że sam Elsner najpierw złożył rezygnację, której klub początkowo nie przyjął. Dopiero później doszło do rozstania. Po odejściu szkoleniowiec opowiadał o chaosie, z którym musiał mierzyć się podczas pobytu w Krakowie.
Pierwsze pięć spotkań Grzelaka nie przyniosło ani jednego zwycięstwa, ale też ani jednej porażki. Cracovia pięciokrotnie dzieliła się punktami z rywalami. Z jednej strony można było docenić fakt, że drużyna przestała przegrywać. Z drugiej trudno było uznać taki dorobek za imponujący, szczególnie że sytuacja w tabeli wciąż wymagała zdobywania punktów.
Ostatecznie Krakowianie zakończyli sezon na 13. miejscu z dorobkiem 42 punktów. Podstawowy cel został zrealizowany. Nie można jednak powiedzieć, że Grzelak dokonał wielkiej przemiany sportowej. Drużyna nie zaczęła nagle dominować rywali, a pięć kolejnych remisów pokazało, że wciąż miała problemy z przechylaniem szali zwycięstwa na swoją korzyść.
Z drugiej strony trudno obciążać nowego szkoleniowca odpowiedzialnością za wszystkie wcześniejsze problemy. Przejmował zespół w trakcie sezonu, z niewielką liczbą treningów i ogromną presją wyniku. W takich warunkach najważniejsze było zabezpieczenie ligowego bytu. I to mu się udało.
Nowy sezon, nowe obietnice i zmiana filozofii gry
Prawdziwa weryfikacja pracy Grzelaka miała nastąpić dopiero w sezonie 2026/2027. Tym razem nie mógł już tłumaczyć się brakiem czasu na przygotowanie drużyny. Otrzymał okres przygotowawczy, możliwość wpływania na kadrę i przestrzeń do wdrażania własnych rozwiązań.
Już przed rozpoczęciem rozgrywek zapowiadał wyraźne zmiany w sposobie funkcjonowania zespołu. Nie chciał Cracovii wycofanej, bazującej przede wszystkim na niskiej obronie i kontratakach. Jego drużyna miała grać odważniej, intensywniej i częściej przejmować inicjatywę.
Szczególnie istotny był pomysł na pressing. Grzelak chciał, aby Pasy częściej odbierały piłkę wysoko i szybciej przechodziły do ataku. Zależało mu również na tym, by ofensywa nie opierała się wyłącznie na dośrodkowaniach i kontratakach. Cracovia miała częściej szukać rozwiązań środkiem boiska, wykorzystywać kreatywność swoich zawodników i odważniej wchodzić w pole karne przeciwnika.
Nie były to wyłącznie deklaracje. W wielu spotkaniach rzeczywiście można było zauważyć Cracovię grającą odważniej, starającą się szybciej odbierać piłkę i częściej atakować. Problem polegał na tym, że wraz z większą ofensywną aktywnością nie zawsze szła odpowiednia organizacja defensywna.
Pasy potrafiły stworzyć ciekawe widowisko, ale równie często pozostawiały rywalom zbyt dużo przestrzeni. Zespół miał problemy z utrzymaniem odpowiedniej struktury po stracie piłki, a indywidualne pomyłki obrońców regularnie kosztowały go punkty.
Raków, Wieczysta i pierwsze nadzieje na lepszą przyszłość
Początek sezonu dawał kibicom Pasów pewne powody do optymizmu. Cracovia rozpoczęła rozgrywki od bezbramkowego remisu z Lechem Poznań na wyjeździe. Następnie przegrała z Pogonią Szczecin, ale w kolejnym spotkaniu podzieliła się punktami ze Śląskiem Wrocław.
Przełomem okazało się spotkanie z Rakowem Częstochowa. Cracovia wygrała 2:1, odnosząc tym samym pierwsze zwycięstwo pod wodzą Grzelaka. Był to rezultat, który miał nie tylko znaczenie punktowe, ale również pokazywał, że zespół potrafi rywalizować z mocnymi przeciwnikami.
Tydzień później Pasy pokonały Wieczystą Kraków 3:2. Było to jednak wyszarpane zwycięstwo, które zapewnił Hasić swoim centrostrzałem w doliczonym czasie gry. Jego postawa i zdobywane bramki z pewnością przez długi czas przedłużały kadencję Grzelaka w Cracovii. Dwa zwycięstwa, w tym wygrana nad Rakowem, dawały jeszcze nadzieję, że drużyna zmierza w odpowiednim kierunku.
Po siedmiu kolejkach Cracovia miała jednak na koncie osiem punktów. Zwycięstwom nad Rakowem i Wieczystą towarzyszyły remisy z Lechem i Śląskiem oraz porażki z Pogonią, Radomiakiem i Górnikiem Zabrze.
Nie był to jeszcze powód do paniki, ale pojawiały się pierwsze sygnały ostrzegawcze. Zespół nie potrafił ustabilizować formy. Potrafił rozegrać bardzo dobre spotkanie, by tydzień później zaprezentować się zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Późniejsza część rundy tylko pogłębiła ten problem.
Puchar Polski kolejnym rozczarowaniem
Jednym z najbardziej bolesnych momentów kadencji Grzelaka okazało się spotkanie ze Zniczem Pruszków w STS Pucharze Polski. Cracovia jechała na mecz z drugoligowcem w roli faworyta i nie mogła pozwolić sobie na odpadnięcie na tak wczesnym etapie rozgrywek.
Cracovia długo była na dobrej drodze do awansu. Prowadzenie Pasom dał oczywiście Hasić, który po raz kolejny musiał ratować zespół. Tym razem jego trafienie nie wystarczyło jednak do osiągnięcia celu. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, a o wszystkim zadecydowały rzuty karne. W nich show skradł Norbert Gzowski, który obronił aż trzy rzuty karne i został bohaterem Znicza Pruszków. Dzięki jego interwencjom gospodarze wygrali konkurs jedenastek 4:3 i wyeliminowali Cracovię.
To była poważna wpadka. Nie chodziło wyłącznie o sam fakt odpadnięcia, ale również o rangę przeciwnika. Cracovia miała zdecydowanie większe możliwości kadrowe i sportowe, aby poradzić sobie z drugoligowcem.
Puchar Polski był dla Pasów szansą na dodatkową rywalizację i możliwość poprawienia nastrojów wokół drużyny. Zamiast tego pojawiło się kolejne rozczarowanie. Warto po raz kolejny podkreślić, że to Hasić musiał ratować zespół. Nawet w meczu z drugoligowcem odpowiedzialność za wynik spoczywała na jego barkach.
Liczby, które trudno obronić
W przypadku rozliczania pracy trenera trudno uciec od statystyk. W tym przypadku są one wyjątkowo wymowne.
Grzelak poprowadził Cracovię w dziewiętnastu spotkaniach ligowych. Wygrał zaledwie trzy razy, remisował ośmiokrotnie i poniósł osiem porażek. Zespół zdobył 21 bramek i stracił 28. Łącznie uzbierał 17 punktów, co daje średnią 0,89 punktu na mecz.
Łącznie Grzelak prowadził Pasy w dwudziestu spotkaniach we wszystkich rozgrywkach. Zwyciężył trzy razy, dziewięć razy remisował i osiem razy przegrywał, uwzględniając wynik pucharowego spotkania po dogrywce.
Po czternastu kolejkach obecnego sezonu Cracovia zajmowała 15. miejsce, mając zaledwie dwa punkty przewagi nad strefą spadkową.
Trudno uznać taki dorobek za satysfakcjonujący. Szczególnie że mówimy o zespole, który przed rozpoczęciem rozgrywek miał ambicje znacznie większe niż walka o utrzymanie.
Ajdin Hasić. Największy wygrany, ale też ratunek dla Grzelaka
Każde rozliczenie trenera powinno uwzględniać nie tylko wyniki całej drużyny, ale również rozwój poszczególnych zawodników. W przypadku Grzelaka trudno wskazać większego wygranego jego kadencji niż Ajdin Hasić. Bośniacki zawodnik stał się jedną z najważniejszych postaci Cracovii, a momentami wręcz jedynym piłkarzem, który potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność za wynik.
Jego umiejętności techniczne, kreatywność i zdolność do rozstrzygania spotkań nie były tajemnicą, ale pod wodzą Grzelaka wszedł na najwyższy poziom. Przed końcem października miał na koncie sześć bramek i dwie asysty. Było to tempo pozwalające myśleć o najlepszym sezonie w jego dotychczasowej karierze. Bośniak potrafił zdobywać bramki, kreować sytuacje i brać na siebie odpowiedzialność w najtrudniejszych momentach. Niedawno doczekał się również debiutu w reprezentacji Bośni i Hercegowiny.
Nie można jednak pominąć drugiej strony medalu. Cracovia coraz częściej była uzależniona od dyspozycji Hasicia. To on strzelał, ratował zespół i przedłużał wyrok szkoleniowca. Bez jego indywidualnych błysków sytuacja Grzelaka mogła stać się jeszcze trudniejsza znacznie wcześniej.
Jedną z największych bolączek Pasów pozostawał brak skutecznej dziewiątki. Zespół miał problemy ze znalezieniem napastnika, który regularnie brałby na siebie ciężar zdobywania bramek. W efekcie odpowiedzialność za ofensywę spadała na barki Hasicia. Trudno uznać za sukces sytuację, w której jeden zawodnik musi niemal w pojedynkę ciągnąć ofensywę całego zespołu.
Brahim Traoré i Karol Knap. Grzelak potrafił rozwijać zawodników
Nie tylko Hasić może być jednak wskazywany jako przykład pozytywnej pracy Grzelaka. Kolejnym zawodnikiem, którego postęp zasługuje na uwagę, jest Brahim Traoré. W poprzednim sezonie jego występy nie zawsze przekonywały. Zdarzały się momenty, w których trudno było widzieć w nim pewny punkt defensywy. Pod wodzą szwedzkiego szkoleniowca sytuacja uległa jednak zmianie.
Traoré musiał wejść w buty Oskara Wójcika, którego odejście do Werderu Brema pozostawiło sporą lukę w defensywie Pasów. Początkowo można było się obawiać, że strata młodego Polaka będzie znacznie bardziej odczuwalna. Tymczasem Francuz wykorzystał swoją szansę i wyrósł na jednego z wyróżniających się środkowych obrońców ligi.
Zyskał większą pewność siebie, regularność i odpowiedzialność za organizację defensywy. Skalę jego postępu dobrze oddają słowa byłego prezesa Cracovii, Mateusza Dróżdża, który w rozmowie z Meczykami przyznał, że sam nie spodziewał się, iż zawodnik wskoczy na aż tak wysoki poziom.
Warto również wspomnieć o Karolu Knapie. Pomocnik przez pewien czas znajdował się na dalszym planie i trudno było przewidywać, że ponownie stanie się istotnym elementem pierwszego zespołu. Grzelak dał mu jednak szansę, a zawodnik zaczął nawiązywać do dobrych występów z początków swojej przygody z Ekstraklasą.
Nie wszystko jednak wyglądało tak dobrze. Cracovia miała problemy z wykorzystaniem potencjału ofensywnych zawodników, a sprowadzeni napastnicy i skrzydłowi nie zawsze mogli pokazać pełnię możliwości.
Przespane lato i problemy kadrowe. Trener nie dostał wszystkich narzędzi
Nie sposób rozliczać szkoleniowca bez spojrzenia na to, jak wyglądała sytuacja kadrowa.
Lato 2026 roku nie było dla Cracovii okresem, w którym klub zbudował drużynę w sposób pozwalający trenerowi spokojnie przygotować ją do nowych rozgrywek.
Dominik Baumgartner, który miał być jednym z ważnych wzmocnień, doznał kontuzji w okresie przygotowawczym i do gry wrócił dopiero pod koniec sierpnia. Filip Marchwiński bardzo szybko zerwał więzadła krzyżowe, przez co praktycznie nie mógł pomóc zespołowi.
Amir Al-Ammari nie uczestniczył w pełnym okresie przygotowawczym ze względu na obowiązki reprezentacyjne, natomiast Otar Kakabadze wracał do dyspozycji po długiej przerwie spowodowanej kontuzją.
Nie bez znaczenia była również późna integracja nowych zawodników. Lasse Nordås zadebiutował dopiero w siódmej kolejce. Mohamed Berte i Sayfallah Ltaief pojawili się w zespole wcześniej, ale również potrzebowali czasu na poznanie nowych kolegów i zrozumienie założeń szkoleniowca.
W praktyce oznaczało to, że Grzelak przez znaczną część początku sezonu nie dysponował kadrą, którą można było uznać za docelową. W momencie, w którym część nowych zawodników zaczynała dopiero wchodzić do drużyny, trener już znajdował się pod ogromną presją wyników.
Nie jest to jednak całkowite usprawiedliwienie. Trener musi umieć dostosować się do dostępnych zawodników, a Cracovia nie była jedynym klubem Ekstraklasy mierzącym się z problemami kadrowymi. Grzelak miał prawo oczekiwać większego wsparcia, ale jednocześnie powinien wyciągać więcej z piłkarzy, których posiadał.
Chaos organizacyjny, który utrudniał ocenę pracy
W przypadku Grzelaka nie można pominąć sytuacji panującej w samym klubie. Cracovia w ostatnich miesiącach przechodziła kolejne zmiany personalne i konflikty na najwyższych szczeblach.
Szczególnie istotna była sprawa samego szkoleniowca. Murat Çolak otwarcie przyznawał, że wcześniej opowiadał się za zmianą trenera. Robert Platek zdecydował się jednak pozostawić Grzelaka na stanowisku. W ten sposób trener znalazł się w sytuacji, w której jego przyszłość była przedmiotem dyskusji na najwyższych szczeblach klubu.
Trudno mówić o idealnych warunkach do pracy, kiedy nie ma pełnej zgodności wśród osób odpowiedzialnych za kierunek sportowy. Warto też pamiętać o słowach Elsnera, który po odejściu z Krakowa opowiadał o problemach organizacyjnych i braku odpowiedniego wsparcia.
Grzelak zabrał głos po rozstaniu. Zwrócił uwagę na warunki pracy
Po oficjalnym komunikacie Cracovii głos zabrał również sam Bartosz Grzelak. Szkoleniowiec opublikował oświadczenie, w którym odniósł się do zakończenia współpracy i podsumował czas spędzony przy Kałuży. Jak wynika z jego słów, decyzja zapadła po spotkaniu z dyrektorami Filipem Trubalskim i Marcinem Sobiechem. Obie strony miały wspólnie uznać, że rozstanie będzie najlepszym rozwiązaniem.
Grzelak przypomniał, że obejmując Cracovię, zdawał sobie sprawę ze skali wyzwania. Ostatecznie przekonały go jednak historia i tradycja klubu, jego prestiż oraz pasja kibiców. Pierwszym zadaniem było utrzymanie zespołu w Ekstraklasie. Ten cel udało się zrealizować.
Znacznie ciekawszy jest fragment dotyczący kolejnego sezonu. Szwed przyznał, że jego ambicją było zbudowanie drużyny o wyraźnej tożsamości i charakterze, która jednocześnie osiągałaby dobre wyniki. Dodał jednak, że nie udało się stworzyć wszystkich warunków niezbędnych do pełnej realizacji tej wizji.
To ważna deklaracja, szczególnie w kontekście problemów organizacyjnych, kadrowych i sportowych, z którymi Cracovia mierzyła się w ostatnich miesiącach. Grzelak nie wskazał konkretnych osób ani nie rozwinął, jakich warunków zabrakło. Nie należy więc dopowiadać za niego, czy chodziło o transfery, strukturę klubu, czy codzienną organizację pracy. Sam fakt, że szkoleniowiec zdecydował się podkreślić ten aspekt, pokazuje jednak, że jego zdaniem nie wszystko zależało wyłącznie od pracy sztabu i zawodników.
Na koniec podziękował właścicielom i zarządowi za zaufanie, a także sztabowi trenerskiemu i medycznemu, piłkarzom, pracownikom klubu oraz kibicom. Życzył Cracovii dalszego rozwoju i sukcesów sportowych.
Oświadczenie Grzelaka nie zmienia oceny wyników. Trzy zwycięstwa w czternastu ligowych spotkaniach obecnego sezonu pozostają dorobkiem zdecydowanie poniżej oczekiwań. Pozwala jednak spojrzeć na jego odejście nieco szerzej. Trener przyznaje, że nie udało mu się zrealizować sportowej wizji, ale jednocześnie sygnalizuje, że nie wszystkie warunki potrzebne do jej wdrożenia zostały zapewnione.
Misja wykonana, projekt niedokończony
Kadencja Bartosza Grzelaka jest trudna do jednoznacznej oceny, ponieważ składała się z dwóch zupełnie różnych etapów.
Pierwszy zakończył się sukcesem. Szkoleniowiec przychodził ratować Cracovię przed spadkiem, przejął zespół w trudnym momencie i doprowadził go do bezpiecznego zakończenia rozgrywek. Pięć remisów nie było spektakularnym osiągnięciem, ale pozwoliło zrealizować najważniejszy cel.
Drugi etap przyniósł zdecydowanie więcej rozczarowań. Grzelak dostał czas na przygotowanie drużyny, możliwość wprowadzania własnych rozwiązań i szansę na pokazanie, jak może wyglądać Cracovia pod jego wodzą w dłuższej perspektywie. Zmienił sposób gry zespołu, rozwinął kilku zawodników i momentami potrafił stworzyć drużynę atrakcyjną dla oka. Nie zdołał jednak zapewnić jej regularności, a defensywne problemy i nieskuteczność sprawiły, że wyniki pozostawały dalekie od oczekiwań.
Nie można więc powiedzieć, że Grzelak był wyłącznie nieudanym trenerem.
Cracovia potrzebowała punktów, a nie tylko obiecujących statystyk i fragmentów dobrej gry. W tym najważniejszym elemencie szkoleniowiec nie spełnił oczekiwań.
Jednocześnie jego odejście nie powinno zamykać dyskusji o problemach klubu. Jeżeli przy Kałuży po raz kolejny ograniczą się do zmiany nazwiska na ławce trenerskiej, bez uporządkowania struktur sportowych i organizacyjnych, historia może się powtórzyć.











