Francuzi w drugim swoim spotkaniu towarzyskim na przestrzeni kilku dni nie byli w stanie zdobyć ani jednego gola i bezbramkowo zremisowali z Belgią. Był to ich 17. pojedynek bez porażki z rzędu, ale w minionym dwumeczu zaledwie raz zdołali pokonać bramkarza rywali.
Dla francuskiej reprezentacji mecz z Belgią miał być przedostatnim sprawdzianem formy przed przyszłorocznym Euro, czyli właściwie ostatnim sygnałem, by dać szansę tym, którzy do tej pory o pierwszej jedenastce mogli jedynie pomarzyć.

Tak oto Laurent Blanc zasugerował się dobrą postawą dwóch rezerwowych w meczu z USA, czyli Marvina Martina i Loica Remy’ego. Szkoleniowiec „Les Bleus” wspominał, że właśnie dzięki nim piątkowa gra jego zespołu zdecydowanie się zmieniła, ale jednak gra od pierwszej minuty to zupełnie inna sprawa. W tym meczu mieli pokazać, iż są poważnymi kandydatami do pierwszego składu na Euro.
Belgowie okazali się jednak nie tak wymagającym rywalem jak przybysze zza Atlantyku, w żadnym wypadku nie potwierdzając przydomka „Czerwone Diabły”. Francja od samego początku spotkania przejęła inicjatywę, będąc zespołem dobrze zorganizowanym w środkowej strefie boiska. Nie wiązało się to jednak ściśle z podbramkowymi sytuacjami.
Z murawy przez pierwsze 20 minut wiało nudą, gdyż Belgowie nie próbowali zaryzykować, nastawiając się raczej na grę z kontry, a ich rywale znów potrzebowali czasu, by się dotrzeć w kolejnym nowym ustawieniu. Zwiastunem zmiany wiatru był strzał Remy’ego po rzucie rożnym niedługo po pierwszym kwadransie gry. Linię strzału przeciął Benzema i futbolówka o centymetry minęła słupek młodego Thibaux Courtois. Gdyby piłka wpadła do siatki, to jednak wynik nie uległby zmianie, gdyż napastnik Realu był na spalonym.
W dalszej części tej odsłony do pracy zabrał się Franck Ribery. Najpierw po indywidualnej akcji na skrzydle oddał strzał z ostrego konta, czym zmusił golkipera do wysiłku, a tuż przed zejściem do szatni rozegrał z Benzemą ładną akcję dwójkową, w której podanie od kolegi okazało się nieco za mocne, co bez kłopotu wykorzystał wychodzący z bramki Courtois.
Gra po przerwie nabrała większych rumieńców, choć do widowiska, które miałoby zadowolić tłumnie zgromadzoną publiczność na Stade de France, wiele jeszcze brakowało. Ciekawiej się zrobiło przede wszystkim ze względu na większą dozę ryzyka ze strony Belgów.
Zaowocowało to w 60. minucie, gdy Marouane Fellaini dobrze odnalazł się na obrzeżach pola karnego i uderzył z półwoleja nieznacznie obok słupka Hugo Llorisa. To był pierwszy moment w tym meczu, gdy bramkarz Lyonu musiał bacznie uważać na lot piłki.










