Box2box to nie tylko Radosław Majecki! Są kolejne talenty [WYWIAD]


Z Rafałem Szczypczykiem, agentem piłkarskim, porozmawiamy nie tylko o sytuacji Radosława Majeckiego, ale też o innych zawodnikach agencji Box2box oraz polskim rynku transferowym

14 października 2021 Box2box to nie tylko Radosław Majecki! Są kolejne talenty [WYWIAD]
Jacek Pietrasik

To nie jest tak, że Radosław Majecki trafił do Monaco pocztą pantoflową na zasadzie: słuchaj, warto go kupić, bo ma potencjał. Oczywiście często jest tak, że na pewnym etapie inne kluby z zamożniejszych lig kupują zawodników z naszych rodzimych rozgrywek właśnie jako inwestycja we wcześniej wspomniany potencjał bez sprecyzowanych względem niego planów. Z reguły kończy się to zwyczajnie wypożyczeniem – opowiada nam współwłaściciel Box2box.


Udostępnij na Udostępnij na

Dlaczego warto przeczytać tę rozmowę? Ponieważ dowiecie się z niej nie tylko o aktualnej sytuacji w klubie świeżo upieczonego reprezentanta Polski. Usłyszycie kilka zdań na temat problemów zdrowotnych Jakuba Czerwińskiego. Rafał Szczypczyk również opowie nam, jak szuka się z młodych adeptów futbolu i negocjuje z nimi oraz dlaczego jest bardzo ważny szacunek do rodziców tych młodych ludzi.

***

Nie ukrywam, że naszą rozmowę chciałbym zacząć od złożenia gratulacji. Radosław Majecki z debiutem w reprezentacji Polski. Od razu jednak chciałbym spytać – czy z perspektywy pracy dla agenta piłkarskiego i jego agencji zmienia coś w sposobie pracy nad pozyskiwaniem następnych zawodników do współpracy? Jest to realne ułatwienie w dalszej działalności na rynku transferowym?

Bardzo dziękuję! Przede wszystkim jesteśmy dumni z Radka jako piłkarza i człowieka, bo debiut między słupkami w reprezentacji Polski w meczu o punkty – nawet jeśli rywalem jest San Marino – przy takiej konkurencji na tej pozycji ma swoją wymowę i weryfikuje wykonaną pracę pozytywnie. Bo to nie są rzeczy, które dzieją się same. Dla nas, jako agencji, pod względem rozpoznawalności możemy mówić jak o przywileju, bo zdecydowanie lepiej prowadzić karierę reprezentanta kraju niż trzecioligowca.

Nie chciałbym jednak przekładać drogi Radka wyłącznie na pozyskiwanie kolejnych zawodników. Oczywiście, dobry agent musi kojarzyć się z sukcesem, ale przede wszystkim być uczciwy – a to oznacza też pracę na swoich klientach, nie tylko szukaniu kolejnych.

Każda agencja pracuje inaczej. Owszem, są elementy wspólne. Warto też pamiętać, że ten rynek jest u nas w kraju dość duży. Natomiast tak naprawdę liczba agencji, które mocniej działają na rynku polskim, na dzisiaj wynosi w granicach 20. Dlatego trzeba tutaj zaznaczyć, że nie jest to taki łatwy kawałek chleba, żeby doprowadzić zawodnika do poziomu reprezentacyjnego.

Nawet wczoraj napisałem na Twitterze, że jestem bardzo dumny z debiutu naszego zawodnika w kadrze. Wraz z moim wspólnikiem, Piotrem Jóźwiakiem, jesteśmy związani z Radkiem od jego 15. roku życia. Przeszliśmy więc razem długą drogę, by z ówczesnej bursy akademii Legii, położonej nieopodal biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, przenieść się na drugą stronę Wisły, na Stadion Narodowy.

Bardzo mnie cieszy fakt, że poruszyliśmy tutaj temat profesjonalnych agencji piłkarskich. W jakim miejscu znajduje się obecnie Box2box? Wydaje mi się, że na ten moment mimo wszystko bardziej znanymi, nazwijmy to, graczami na rynku są chociażby Fabryka Futbolu, Mariusz Piekarski i Unidos, czy też Jarosław Kołakowski, a nawet – bądź co bądź – polska legenda, czyli Radosław Osuch. Czy można już zaliczać Was do polskiej czołówki, a może czegoś jeszcze brakuje?

Chciałbym uniknąć takich porównań. Absolutnie szanujemy wszystkich, których przed chwilą wymieniłeś. My staramy się funkcjonować na rynku wedle własnych standardów, które naszym zdaniem powinny obowiązywać w świecie piłkarskim. 

Patrząc na miejsce, w którym dzisiaj jesteśmy i co już osiągnęliśmy, możemy być lekko zadowoleni, choć wiem, że żaden z nas tak nie pomyśli, bo mamy wspólne cele i marzenia. Obaj nie wywodzimy się ze środowiska piłkarskiego. Nie byliśmy zawodowymi piłkarzami. Bardzo cenimy sobie współpracę z naszymi klientami. Chcemy ciągle się rozwijać i szukać najlepszych pomysłów, głównie z zagranicy i nie tylko z piłki nożnej. Tu – musisz mi uwierzyć – nie ma drogi na skróty.

Muszę też podkreślić jedną ważną składową dotyczącą rynku transferowego. Chodzi mi o niektórych ludzi pośredniczących przy transferach. Niestety, wśród pracowitych i uczciwych są też tak zwani sprzedawcy marzeń. Samozwańczy agenci, bez wiedzy piłkarskiej, biznesowej, prawniczej czy sensownego zaplecza. A jednak często wodzą młodych chłopców i ich rodziców za nos, bo z perspektywy średnio biegłego w temacie dorosłego nie jest tak łatwo na pierwszy rzut oka rozróżnić profesjonalistę od sprzedawcy marzeń. 

Czym to jest spowodowane? 

Ponieważ prawie każdy rodzic ma pragnienie bycia dumnym z dziecka i bliżej mu do osoby, która sytuuje jego pociechę ponad stan faktyczny, zasypuje komplementami, obietnicami bez pokrycia, zapewniając, że już jutro, no… pojutrze, to będzie bajka. Nim rodzic zorientuje się, że pobłądził w wyborze, często ma już podpisaną umowę, która obowiązuje przez określony czas, oraz spaprane rozmowy w klubie czy kwestie wyboru nowego. 

Abstrahując od amatorów, często opiekunowie młodych zawodników, z którymi rozmawiam, narzekają na agencje zrzeszające kilkuset zawodników. Zawsze powinniśmy pamiętać o tym, że ten młody, obiecujący piłkarz ma rodziców, i to de facto oni są jego pierwszymi agentami. Ludźmi, których nie można pomijać na początku przygody młodego adepta z piłką. Dlaczego? Ponieważ, to oni poświęcili mu ogromną ilość czasu, inwestowali w niego, często musząc wyrzec się czegoś dla siebie czy pozostałego rodzeństwa. 

Czasami występuje sytuacja, że dla takiej agencji ów młodzieniec jest zawodnikiem, powiedzmy, numer 50 albo 250, czyli inwestycją z kategorii: „jak się uda, to się uda, a jak nie, to następny”. Dla rodzica zaś on zawsze będzie numerem jeden. To rodzic na koniec zostanie z żalem i rozgoryczeniem. Oczywiście zostanie samemu, z dzieckiem.

Czy więc dla takiego agenta, jakim jesteś dzisiaj, nie jest bardzo trudno przekonać tych rodziców do podjęcia współpracy? Dobrze wszyscy przecież wiemy, że świadomość dzisiejsza zarówno taty, jak i mamy jest nieporównywalnie większa od tej, jaka była chociażby dziesięć lat temu.

Powiem ci inaczej – ja to nazywam papierkiem lakmusowym w naszym fachu. Weźmy sobie taką sytuację – masz zawodnika X. Jest on ponadprzeciętnie utalentowany w skali kraju. Wiedzą o nim wszyscy lub prawie wszyscy. Nie jest to żaden sekret. Nasze położenie jest na starcie słabsze – bo bardzo dokładnie filtrujemy zawodnika, gromadzimy dane, chcąc zminimalizować ryzyko pomyłki co do gracza, jednocześnie próbując uniknięcia zapychania agencji.

Kiedy idziemy na spotkanie, zazwyczaj jesteśmy którąś tam z kolei firmą, raz siódmą, a raz dwudziestą. Tak czy inaczej – przed nami ktoś już złożył wiele różnych deklaracji, w tym wiele spektakularnych, do których będzie nam trudno się zbliżyć, nawet zakładając dla chłopaka wyjątkowo korzystny scenariusz.

Jak wspomniałem, człowiek jest tak skonstruowany, że chce słyszeć te fajne rzeczy. Zwłaszcza rodzic. On chce być dumny ze swojego dziecka. Więc dla niego już samo zainteresowanie jest często powodem do zadowolenia. Stwarza poczucie, że najtrudniejsze za nimi, a teraz z agentem to i sól słodka.

Dlatego też nigdy na takich spotkaniach nie obiecujemy klubów zagranicznych, luksusowych kontraktów, tych wszystkich gruszek na wierzbie. Mówimy o ciężkiej pracy, jaką będzie trzeba wykonać, by w ogóle mieć szansę spróbowania urzeczywistnienia marzeń. Jeżeli po takiej rozmowie zarówno rodzic, jak i chłopiec to akceptują, to wiem, że ten tandem jest gotowy do ciężkiej pracy.

Okej, to mam teraz taką sytuację. Znalazłeś ten wspomniany wcześniej talent piłkarski. Gdybyś chciał go przekonać, to patrząc na Twoją grupę, użyłbyś w niej przykładu kariery, jaką ma teraz Radosław Majecki, a może posłużyłbyś się legendą Anderlechtu Bruksela, czyli Marcinem Wasilewskim. Co dzisiaj prędzej trafi do młodego człowieka? Używasz w ogóle czegoś takiego podczas negocjacjach?

Nigdy nie mamy w zwyczaju angażowania naszych piłkarzy w pozyskaniu kogoś nowego na zasadzie: podpisz, to będziesz jak ten i ten. To byłoby prymitywne i niezwykle tandetne kłamstwo, bo w piłce jest za dużo zmiennych, by bezrefleksyjnie kopiować wzorce. Tym bardziej kogoś takiego jak wspomniany Marcin Wasilewski. Nie ukrywam, że dużo wyniosłem z rozmów z nim, lecz sztuką jest uczynić te wnioski uniwersalnymi, umieć dostosować je do określonych ludzi i zdarzeń. 

Wracając jednak do twojego pytania. Nasz etos pracy nie pozwala nam na korzystanie z takich praktyk. Mamy tak zwane success story. Zdarza się jednak, że sami zawodnicy czy rodzice pytają: a czemu temu piłkarzowi się udało? A jak funkcjonował w wieku syna?

Jeśli chodzi o osobę Marcina, dam ci świetny przykład, jak użyliśmy jego doświadczenia w celu pomocy naszemu zawodnikowi, młodzieżowemu reprezentantowi Polski, któremu w trakcie meczu brutalnie złamano nogę. Poprosiłem Marcina, by zadzwonił do młodego i opowiedział mu o operacji, o powrocie do treningów, co go zaskoczyło, a co nie, żeby wspomniał, że później też boli ta noga i trzeba się wykazać skrajną wręcz cierpliwością. Zobacz, gdybym ja mu to tłumaczył, pokiwałby głową i tyle. A że zadzwonił taki człowiek, to duże wow, treść była bardziej plastyczna, no i zastrzyk entuzjazmu, bo da się wrócić do piłki i jeszcze można zostać mistrzem Anglii.

Z racji Twojego doświadczenia muszę zadać to pytanie. Które transfery są prostsze w obsłudze? Te zagraniczne czy może jednak te dokonywane na naszym podwórku?

Zdecydowanie więcej transferów przeprowadziliśmy w Polsce niż poza nią i myślę, że choć te proporcje lekko się zmieniają, to ilościowo zawsze więcej będzie ruchów wewnątrz naszego rynku. Pytałeś o to, które są prostsze… Transfer zagraniczny na Zachód a do Arabii Saudyjskiej to dwie inne bajki. Każdy rynek ma swoją specyfikę, a każdy kolejny transfer poszerza horyzonty.

W skali porównawczej, odnosząc kraj i zagranicę, tak naprawdę wszystko zależy od człowieka, jakiego mamy po drugiej stronie. Wielu z nas, w tym ja, jest innym typem w życiu prywatnym, a innym przy interesach. W życiu, nazwijmy to, rodzinnym okazuję emocje, w tym biznesowym już nie. Staram się być bardzo wyważonym człowiekiem.

Mamy w Polsce grono osób decyzyjnych, z którymi bardzo dobrze się dogadujemy i sprawy można załatwić skutecznie, lecz z drugiej strony, widząc, że z kimś nie można się dogadać, nie trwamy przy stole aż padniemy i sprawa rozwiąże się sama. Grzecznie podajemy rękę i idziemy dalej, mówiąc: może następnym razem się uda.

Bardzo zainwestowaliśmy w najlepszą możliwą obsługę prawną i finansową w postaci doradztwa podatkowego. My nie przyjmujemy sytuacji, gdy ktoś nam mówi, że kontrakt, który dostaliśmy w takim kształcie, podpisała wcześniej cała drużyna. Negocjujemy tak, by było to dobre dla naszego zawodnika.

Wróćmy więc do tego okrętu flagowego agencji Box2box. Jaka jest aktualnie sytuacja reprezentanta kraju w AS Monaco? Czy Radosław Majecki, który opuszczał Polskę i był pompowany przez media do bycia wkrótce gwiazdą, trochę nie wyhamował? Na ten moment można powiedzieć, że były gracz Legii Warszawa gra mało albo wcale. Dlaczego tak jest?

To jest mało wdzięczny czas dla Radka, bo wykonał tytaniczną pracę w wielu aspektach, na przykład niesamowicie poprawił grę nogą. Wyobraź sobie, że gdy latem pewien duży holenderski klub chciał go wypożyczyć, dyrektor sportowy jako jego dwie największe zalety wskazał przedpole i właśnie dystrybucję piłki nogami. Znamienne, prawda? Dlatego tak cieszymy się z tego debiutu w reprezentacji, bo doda mu to sporo paliwa. Monaco twierdzi, że ma na niego plan, widzi w nim docelowo pierwszego bramkarza, choć oczywiście na razie to głównie słowa. Warto jednak zauważyć, że niecodziennie gra się w finale Pucharu Francji przeciw PSG, a byle kto nie mija w hierarchii trzeciego czy czwartego bramkarza kadry „Trójkolorowych”. 

Box2box to nie tylko Radosław Majecki! Są kolejne talenty. [WYWIAD]

Czy jest to więc moment, w którym Radosław Majecki nie znajduje się na etapie, w którym powinien dążyć do zmiany barw? Czy rozmawiałeś już z klubem na temat jego sytuacji?

Z klubem jesteśmy w ciągłym kontakcie, nie ma tygodnia bez rozmowy. Pamiętajmy jednak, że w tym roku Radek wystąpił w siedmiu oficjalnych meczach, w większości o ogromnym ciężarze gatunkowym. Nie popełniał błędów, pozostawiając po sobie dobre wrażenie. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że stać go na duże rzeczy, ma jakość, a wcześniej był ledwie niesprawdzoną w boju obietnicą pewnej jakości, za którą zdecydowali się sporo zapłacić. Jeżeli jednak, wspólnie z Radkiem, gdyż jego zdanie jest tutaj kluczowe, utwierdzimy się w przekonaniu, że trudno będzie wskoczyć na „jedynkę”, zrobimy wszystko, by mógł zmienić klub. Naszym obowiązkiem jako agencji jest być gotowym i przedstawić wtedy, jakie są możliwości ruchu.

A jak przebiegł sam proces jego aklimatyzacji w nowym otoczeniu?

Pierwszy raz w Monaco był w styczniu przed transferem. Wówczas już władał językiem angielskim i uczył się hiszpańskiego, co było o tyle istotne, że ówczesny sztab szkoleniowy posługiwał się tymże językiem. Z kolei po podpisaniu kontraktu uczył się pilnie francuskiego, kiedy kończył sezon w Legii. W Monako byli naprawdę zaskoczeni jego znajomością języka francuskiego. Gdy wybierał mieszkanie, już swobodnie się nim porozumiewał.

Czyli dementujesz zarzuty, że Radek miał kłopoty z aklimatyzacją w nowym miejscu, bo nie znał języka?

Nawet trudno mi to skomentować. Przyznaję, że nigdy dotąd nie spotkałem się z takim pytaniem. 

Więc rozumiem, że na razie trzeba ciężko pracować i czekać.

Zdecydowanie. Często rozmawiam ze starszymi zawodnikami i oni, kiedy pytam, czemu w zagranicznym klubie poszło nie tak?, odpowiadają, że zabrakło cierpliwości. Że po pierwszym niepowodzeniu mentalnie już byli z powrotem w kraju, a po drugim siedzieli w samolocie. Dlatego my staramy się zachować spokój, a w zasadzie znaleźć złoty środek między konieczną cierpliwością a ambicjami młodego zawodnika, który podświadomie, słysząc „jutro”, mówi „dziś”. 

Na koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać o Jakuba Czerwińskiego. To bardzo ważna postać w Piaście Gliwice. Niestety dochodzą do nas sprzeczne głosy. Jedne mówią, że kontuzja obrońcy gliwiczan nie jest poważna i szybko wróci do gry, a niektórzy sugerują potrzebę operacji. Czy możesz się do tego odnieść?

Oczywiście. W przypadku Kuby to nic poważnego. Jednak jest to problem związany z kręgosłupem. Kiedy rozmawiałem z nim, powiedział, że nie chce interwencji lekarskiej w postaci zabiegu. Jest to zwyrodnienie, schorzenie, które powoduje dyskomfort. Sam zawodnik chce zaś jeszcze kilka lat pograć w piłkę. Doszliśmy więc do wniosku wraz z Kubą i klubem, że skoro jest rozwiązanie, które może oznaczać brak konieczności położenia się pod nóż, to warto spróbować. Nawet jeżeli będzie to związane z większą pracą ze strony zawodnika.

Dziękuje bardzo za chęć porozmawiania z nami!

Ja również dziękuje.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze