Beniaminkowie ekstraklasy nie zawiedli. Górnik Łęczna i GKS Bełchatów stworzyły niezłe widowisko na zakończenie 3. kolejki TME. Nawet mimo remisu 1:1 mecz mógł się podobać i trzymał w napięciu do ostatnich sekund.
Jeszcze niecałe cztery miesiące temu obie drużyny rywalizowały na tym samym stadionie, ale w ramach rozgrywek o mistrzostwo I ligi. Wtedy lepsi okazali się goście z Bełchatowa, którzy wygrali 2:0. Piłkarze Górnika Łęczna byli żądni rewanżu, który miałby większy wymiar prestiżowy. Ekstraklasa to w końcu dużo wyższy level niż jej zaplecze.
Spotkanie rozpoczęło się od rekordu. Ustanowił go Fiodor Cernych, który już w 5. (słownie: piątej) sekundzie zobaczył żółtą kartkę. Litwin, reprezentujący od kilku tygodni Górnik Łęczna, dość brutalnie zaatakował Barana, który dorzucił również trochę od siebie i sędzia Borski nie miał żadnych wątpliwości. Zawodnicy gospodarzy byli tak dumni z dokonania swojego partnera z boiska, że zapomnieli o bronieniu. Wykorzystali to bełchatowianie i za sprawą nikogo innego jak braci Maków wyszli na prowadzenie. Tym razem Mateusz, po doskonałym podaniu Adriana Basty, obsłużył Michała, który dopełnił formalności. Widać, że „Maczki” potrafią wzajemnie się odwdzięczać, bo tydzień temu to Michał podał, a Mateusz strzelił.
GKS Bełchatów wydawał się kontrolować przebieg spotkania. Łęczna oszołomiona szybką stratą bramki zbytnio nie wiedziała czy podejść wyżej, czy cofnąć się bardziej. Jednak z każdą kolejną minutą podopieczni Szatałowa odzyskiwali swój błysk z dwóch pierwszych kolejek. W 40. minucie przyniosło to wymierny skutek, bo Mierzejewski doprowadził do wyrównania. Po lewej stronie boiska Basta został rozklepany przez trójkę Mraz-Nowak-Bonin (nie wiadomo, co robił tam prawy pomocnik Górnika), a całą akcję wykończył… prawy obrońca gospodarzy (również zastanawiamy się, co robił w polu karnym).
Drugie 45 minut lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy wyraźnie złapali wiatr w żagle po bramce zdobytej w końcówce pierwszej połowy. Boninowi spodobało się schodzenie z prawego skrzydła na lewe i tam robienie przewagi. Doświadczony pomocnik kilkukrotnie dośrodkowywał w pole karne gości, ale nie przyniosło to przełamania. GKS próbował odgryzać się Górnikowi szybkimi kontrami, ale zarówno Mateusz, jak i Michał mieli blisko siebie rywali i dużo trudniejsze zadanie.
Im bliżej było ostatniego gwizdka sędziego, tym gra coraz bardziej przypominała partię w dwa ognie. Raz futbolówka znajdowała się pod jedną bramką, aby za chwilę być już po przeciwległej stronie boiska. Mimo to ani Malarz, ani Rodić nie byli zbytnio zaniepokojeni. Zmęczenie piłkarzy było coraz większe, co od razu odbiło się na tempie i dokładności. Piłkę meczową dla gospodarzy zmarnował Hasani, który w dogodnej sytuacji minimalnie przestrzelił z głowy. Emocje pozostały na wysokim poziomie, nawet po ostatnim gwizdku. Już w doliczonym czasie gry w iście bokserskim klinczu spotkali się Ślusarski i Bozić. Tej próby nerwów nie wytrzymał popularny „Ślusarz”, który łokciem zdzielił Chorwata i zasłużenie wyleciał z boiska. W drodze do szatni było nerwowo, ale obyło się bez zbędnych incydentów.











