Awans dwóch polskich drużyn do fazy pucharowej Ligi Europy był dla całego polskiego futbolu, cierpiącego wszak na chroniczny brak sukcesów, ogromnym osiągnięciem. Mieliśmy nadzieję, że Legia i Wisła pójdą za ciosem i, nie mając nic do stracenia, wyeliminują nie najtrudniejszych przecież rywali. Gwoli ścisłości, nie pomyliliśmy się zbytnio.
Legia, czyli chodźmy pod górkę
Warszawianie z pewnością nie byli faworytami spotkania ze Sportingiem Lizbona. Rywal renomowany, grający szybki, techniczny futbol, będący w rytmie meczowym. W dodatku Maciej Skorża nieraz miał problemy z odpowiednim przygotowaniem swoich zespołów pod względem fizycznym w przerwie między rozgrywkami. Co z tego wynikło?

Ano to, że Legia zagrała przy Łazienkowskiej bardzo dobrze, Sporting zaprezentował się zdecydowanie gorzej i powinien wracać na Półwysep Iberyjski z bagażem co najmniej trzech goli (poza bramkami Wawrzyniaka i Gola trafić powinni jeszcze Wolski i Ljuboja). Brak skuteczności, a także głupie błędy w obronie spowodowały, że zamiast pewnego zwycięstwa „Lwy” osiągnęły wymarzony w tych okolicznościach rezultat, czyli remis 2:2.
Biorąc pod uwagę obraz gry, wynik ten Legię krzywdzi, rokowania przed rewanżem nie są najlepsze. Mając na uwadze sytuację, jaka panuje obecnie w stołecznym zespole, szanse jeszcze spadają. Normalna drużyna nie sprzedaje bowiem trzech zawodników podstawowego składu w momencie, kiedy ma szansę na historyczny sukces. W normalnej drużynie o kształcie kadry powinien decydować trener, tym bardziej jeśli pracuje naprawdę dobrze. W Legii jest inaczej.
Ktoś być może doszedł do wniosku, że przygód w Europie już wystarczy, a grubo ponad 20 milionów złotych za Borysiuka, Rybusa i Komorowskiego piechotą przecież nie chodzi. A w lidze zespół poradzi sobie bez nich. Pudło, wystarczyło, że legioniści wybrali się do Zabrza, by przekonać się, że o punkty na rodzimym podwórku będzie im równie ciężko co w Lidze Europy. Jakie będą losy Legii w Lizbonie? Zważywszy na to, że rywale również nie są w wybitnej formie (wygrana ze słabiutkim Pacos Ferreira po samobóju), szanse istnieją. Trzeba tylko strzelić trzy gole i nie pozwolić strzelić sobie więcej. Albo po prostu wygrać. Jeśli się uda, Maciejowi Skorży będzie się należał pomnik.
Wisła, czyli gramy do końca
Jeśli chodzi o rywali „Białej Gwiazdy” w drodze do 1/8 finału Ligi Europy, czyli drużynę Standardu Liege, to została ona zgodnie uznana jako rywal jak najbardziej do przejścia. Kierując się stereotypami, można jednak łatwo się przejechać, Belgowie w swojej grupie stracili tylko jednego gola, strzelili dziewięć, a wyprzedzili takie ekipy jak solidny Hannover i jeszcze do niedawna grającą w Lidze Mistrzów Kopenhagę. A Włodzimierz Lubański, znający belgijską ligę na wylot, ostrzegał przed lekceważeniem Standardu.

Remis w pierwszym meczu z takim rywalem jest zatem wynikiem niezłym. A dobrym, biorąc pod uwagę, że Wisła niemal cały mecz grała w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Czekaja. Z drugiej strony, krakowianie dominowali na początku meczu tak mocno, że gdyby nie nieszczęście spowodowane głupotą Nuneza (podanie do rywala w polu karnym) zanosiło się na pewne zwycięstwo. Zespołowi podcięto skrzydła, stracił obrońcę i gola z rzutu karnego, a w perspektywie miał 70 minut spotkania przeciwko mocnemu fizycznie, będącemu w regularnym cyklu meczowym zespołowi. I co? I Wisła w dalszym ciągu przeważała, swoje okazje mieli również Belgowie, ale to ostatecznie gospodarzom, za sprawą Genkowa, udało się wyrównać.
Tak grająca Wisła wcale nie stoi na straconej pozycji w Liege. Żeby jednak nie było zbyt dobrze, podopieczni Kazimierza Moskala postanowili zremisować mecz ze słabiutkim Zagłębiem w Lubinie, ponownie prezentując się świetnie (ale nieskutecznie) w ataku i zastraszająco niefrasobliwie w obronie. Poza tym ze składu zespołu do końca sezonu wykluczył się jeden z najważniejszych zawodników „Białej Gwiazdy”, Patryk Małecki.
Korpulentny skrzydłowy w beznadziejnym w swoim wykonaniu meczu w Krakowie przeciwko Standardowi został zmieniony, nie podał ręki trenerowi i zamiast na ławkę rezerwowych, czmychnął do szatni. Następnego dnia nie stawił się na rozmowie wychowawczej i zamiast wyrazić skruchę, jeszcze bardziej się pogrążył (ponoć miał powiedzieć, że nie chce już grać w klubie). Wisła zawiesiła zawodnika na pół roku. Słuszna decyzja. Również ze sportowego punktu widzenia, bo taki Małecki to żadne zagrożenie dla bramki rywala. A rywal w ostatniej kolejce przegrał na wyjeździe z przeciętnym Zulte Waregem aż 4:2. Miejmy nadzieję, że defensywa Belgów będzie równie dziurawa w meczu z Wisłą…
Obydwa mecze można będzie obejrzeć na kanale Polsat Sport. Transmisje o godzinie 19:00 (Wisła) i 21:05 (Legia).
Ciekawe ... http://programbukmacherski.pl
jeśli to sie uda, to Maciejowi Skorży bedzie sie
należał pomnik... w naszych realich to predzej
kadra.
jaki cud? chyba normalka wisła i legia wygra